ZEBRAny weekend

Ostatnio Storyland obfitował w podróżnicze opowieści a za rogiem czai się kolejny wpis z cyklu moich wspomnień z Gran Canarii ( zajrzyjcie sobie TUTAJ kto jeszcze nie czytał ), postanowiłam iż dzisiejszy post poświęcę tematowi, który już dawno chodzi za mną i jakoś nie mogłam wcześniej go zrealizować. 

W Southampton powstaje ostatnio dość sporo artystycznych inicjatyw, każdy może tutaj znaleźć coś dla siebie. Jednak szczególnie jedna zasługuje na szczególną uwagę. Od dwóch lat pobliskie zoo pragnie przyciągnąć do siebie rzeszę turystów, co jednak bardziej jest interesujące współczesne ogrody zoologiczne bardziej przeobrażają się w ośrodki edukacyjne, pobudzają naszą świadomość do potrzeby pomocy naturze, ochrony jej cennych dóbr,zainteresowania problemami ginących ekosystemów czy zanikających gatunków zwierząt. W ubiegłym roku z inicjatywy Marwell Zoo na terenie miasta postawiono kilkadziesiąt figur nosorożców,każda z figur powstała przy współpracy z urzędami miast, różnymi przedsięwzięciami i firmami reprezentując lokalny buisnes. Co ciekawe każda figura była zaprojektowana i wykonana przez innego artystę , figury stały w różnych częściach miasta budząc ogólną wesołość. 

Fot – dailyecho

Jakoś mi ta nietypowa artystyczna wystawa na mieście umknęła. Nosorożce były milusie i każdy osobliwej urody, stąd nic dziwnego,że wzbudziły ciekawość mieszkańców jak i turystów przybywających do miasta. A już najbardziej ukochały je dzieci. 

Nie można było przejść obojętnie aby nie rzucić na nie choć na krótko okiem. Nosorożce wyjechały z miasta po skończeniu wakacji, dały jednak wyraźny znak,że pomysł był trafiony w dziesiątkę. 

Projekt Zany Zebra 

Latem 2016 roku Ogród Zoologiczny Marwell położony blisko Winchesteru wyszedł z kolejną inicjatywą, tym razem chodzi o wsparcie zagrożonych w Afryce zebr i innych zwierząt żyjących na tym kontynencie. Władze miasta w porozumieniu z różnymi organizacjami, firmami i przedsiębiorstwami zostały zaproszone do tego wielkiego projektu. Dzięki takiej pokaźnej liczbie sponsorów można było zrobić aż 197 rzeźb zebry, pozostało jeszcze zaznaczyć ich indywidualizm. Do tego dzieła zaproszono 35 artystów m.in. Caroline Fairbarin ilustratorkę książek , Deven Bhurke lokalnego grafika komputerowego, Nina Fraser. Każda z tych osób reprezentowała nie tylko inny warsztat pracy ale czerpała inspiracje z lokalnej historii, życia codziennego mieszkańców miasta czy piękna otaczającej przyrody. 

Dwie zebry Niny Fraser
Dodam jeszcze,że rzeźby 
zostały wykonane w różnych formatach. Te największe zostały wykonane przez zaproszonych do pracy artystów, były jeszcze średniej wielkości a ich dekoracją zajęły się lokalne szkoły i grupy. 

Dzieciaki ze szkół z zebrami miały sporo frajdy, gdyż prócz projektu plastycznego zaproszono ich rownież do 10 dniowego projektu edukacyjnego, na niego składały się specjalne lekcje,pokazy filmowe, spotkania z ciekawymi ludźmi i oczywiście wizyty w zoo. 

Zebra i dzieci z Bitterne Manor Primary School

Pewnie na zdjęciu pracy Niny Fraser dostrzegliście malutką zeberkę, takie maluszki pozostały w zoo na pamiątkę całego projektu. Odwiedziłam niedawno zoo i faktycznie można je zobaczyć w kilku niespodziewanych miejscach.  

Zebry w liczbach, czyli co i jak

Okazuje się iż całe przedsięwzięcie przybrało dość spory rozmach, w liczbach wyglada to tak: 

– wystawa trwała od 14 czerwca do 15 października 

– 46 dużych figur postawiono w samym centrum miasta Southampton 

– 100 szkół i grup młodzieży wzięło udział w projekcie edukacyjnym, tak więc aktywnie wzięło w nim udział 16,500 dzieci i młodzieży z czterech hrabstw angielskich

– 35 artystów zaangażowało się do stworzenia wielkich figur zebr, zajęło im to 4000 godzin pracy w trakcie, której wykorzystano 100 litrów farby i 17 litrów lakieru, tysiące kafelków mozaikowych i szkła dekoracyjnego

– do prac przy postawieniu i konstrukcji zebr zostało wykorzystanych 26 ton cementu , 1 duży dźwig, 5 tirów z długimi przyczepami, 1 wózek 

– cała instalacja zebr trwała 3 dni 

Gdzie zawędrują zebry po wystawie?

Wszystkie wielkie zebry zostały wywiezione z miasta i wystawione na aukcji, zebrano około 87,500 funtów. Suma zostanie przekazana fundacji ochrony zebr w Kenii  oraz innych zwierząt afrykanskich. Miniaturowe zebry nadal można obejrzeć w zoo, będą przypominały o tej niezwykłej inicjatywie. Zaś szkolne średniaki pozostaną na zawsze w ich szkołach na pamiątkę oraz aby przypomnieć po co zostały zrobione. 

Szlakiem Zany Zebras 

Na koniec uroczę Was paroma zdjęciami z mojej ZEBRAnej wycieczki, to był piękny sierpniowy weekend. Pomyślałam iż warto skorzystać z pięknego dnia i wybrać się na miejską wycieczkę. Obecność zebr w mieście dała się odczuć od początku lata, miasto zaroiło się od figur, zrobiło się jakoś bardziej kolorowo. Dodatkowo jak tylko nie uciekaliśmy z miasta a przez przypadek znalazłam się w centrum od razu widać było całe gromady turystów robiących sobie zdjęcia na tle zebr. Sami zobaczcie wpiszcie sobie tylko hasło Zany Zebra w wyszukiwarkę czy na instagramie a posypie się cała gromada fotografii. Nie tylko dzieci fascynowały zebry, wielu dorosłych krążyło po mieście ze specjalnie z tej okazji wydanymi mapkami w celu znalezienia swojej „ofiary”. Dla mnie to był przyjemny i dość długi spacer po znanych mi już miejscach w Soton ale dla nowo przybyłych mogła to być przy okazji całkiem niezła wycieczka po centrum miasta i jego starówce. Najbardziej cieszył ten fakt iż zamiast wałęsania się po centrum handlowym lub tępym wpatrywaniem się w ekarany tv ludzie wychodzili na spacer, przyjemne z pożytecznym. Oczywiście nie mogę zapomnieć o wartości artystycznej, zebry prezentowały się fantastycznie. Niektóre projekty po prostu zwalały mnie z nóg ale były i takie, które wcale nie przypadły mi do gustu. Szukanie zebr dodawało też dreszczyka emocji bo gdy tak kroczyliśmy z tą mapą w ręce to przy okazji zastanawialiśmy się jak na przykład może wyglądać zebra zasponsorowana przez lokalną kancelarię prawną.

Udało mi się zobaczyć niemal wszystkie wielkie figury zebr, mniejsze które umieszczone były na wystawach sklepów czy w jednym z domów towarowych również nie uszły mojej uwadze, jednak tym wielkim poświeciliśmy najwiecej czasu. W sumie wyszliśmy z domu około 11.00 a wróciliśmy do domu po 18.00 wliczając w to wyjście na obiad i przerwę na kawę. Spora porcja ruchu, nogi naprawdę mnie bolały ale naprawdę było warto.

 Ciekawe czy za rok zawita do nas jakieś nowe zwierzę ?

Na koniec pozostawiam Was z małą galerią zebr. Może wytypujecie swoją ulubienicę?


5 ważnych dla mnie miejsc 

Jesień w pełni także i w Klubie Polek na Obczyźnie pora na kolejny projekt. Tym razem opisujemy 5 ważnych dla nas miejsc.

Każda z nas podejmuje ten temat z zupełnie innego punktu widzenia, dla kilku będą to typowo sentymentalne miejsca, skojarzenia z dzieciństwem , domem rodzinnym czy własnym rozwojem, miejsca naszego wypoczynku, szalonych wakacji, romantycznych wspomnień. Ja podzielę się z Wami garścią moich myśli, skojarzeń i wspomnień i oczywiście obrazów.

Oto pięć ważnych dla mnie miejsc.

POLSKA – mieszkając na obczyźnie nie mogę pominąć kraju ojczystego.

1. Szczawno Zdrój – to miejscowość, z której pochodzę. To małe uzdrowiskowe miasteczko położone na Przedgórzu Sudeckim. Tam mieszkają moi rodzice, tam spędziałam dzieciństwo i tam powracam gdy nagle zacznie mnie coś gnieść i coś mi przeszkadzać . Tam są moje ukochane pagórki i zielone tereny, krajobrazy bliskie mojemu sercu. W Szczawnie chodziłam do szkoły podstawowej i tam też zaczęłam swoją pierwszą pracę. To miejsce piękne i pełne wspomnień.

O samym Szczawnie i okolicach nieco już pisałam na moim blogu kiedy opisywałam najważniejsze dla mnie miejsce w Polsce, możecie poczytać sobie TUTAJ

2. Karkonosze – dla każdego dolnoślązaka najwyższe pasmo Sudetów jest jak dla osób pochodzących z południowej części Polski – Tatry. Dla mnie Karkonosze zawsze będą kojarzyć się z szczęśliwym czasem nawiązywania pierwszych przyjaźni, licealnych wypadów i studenckich eskapad. W Karkonosze jeździłam z gronem znajomych na weekendowe wyjazdy, będąc opiekunem kolonijnym czy animatorem na oazach letnich często deptałam ścieżki słynnego szlaku im. Orłowicza. Nawet wspomnienia mojej platonicznej miłości związane są z tymi cudownymi górami, na Śnieżce ( najwyższy szczyt Karkonoszy) byłam chyba z pięć razy o rożnej porze roku i za każdym razem zachwyca mnie widok z jej szczytu. Karkonosze są w moich myślach gdy nagle moja emigrancka egzystencja zaczyna mi dokuczać, to chyba taka obrona umysłu przed tym aby nie popaść w smutek . Gdy mam chandrę powracam w myślach do szczęśliwych chwil spędzonych na szlaku, widzę obraz wędrowców mijanych w drodze na Wielką Kopę. Uśmiecham się na myśl o tym jak wyglądałam po przejściu szlakiem przy Hali Szrenickiej na której znalazłam pełno leśnych jagód. Nie mogę zapomnieć o piosenkach śpiewanych przy ognisku rozpalonym przy schronisku Samotnia. Czuje iż Karkonosze mnie dziwnie przyzywają , to pewnie zasługa ducha gór – samego Liczyrzepy. Tym razem na pewno je odwiedzę przy okazji kolejnej wizyty w Polsce.

3. Wrocław – cudowna stolica Dolnego Śląska , miasto dla każdego. Miałam okazję mieszkać we Wrocławiu pięć lat moich studiów, kochałam jego atmosferę starego miasta. Bardzo często spacerowałam po Ostrowie Tumskim a w czasie sesji uczyłam się z koleżankami nad Odrą ( a może bardziej opalałyśmy się ). Jeśli wiosna to tylko w Japońskim Ogrodzie, rynek nawet nocą zawsze tętni życiem. Miałam też swoje rytuały, na zapiekanki chodziliśmy przy wydziale anglistyki, najlepsze pierogi były w barze studenckim „Miś” a herbatę z pomarańczą odkryłam w kawiarence ” Siedem kotów”. Dziś Wrocław się bardzo zmienił, to prężne i bardzo szybko rozwijające się miasto, wielka stolica kultury. Nie omieszkam zajrzeć tam latem przyszłego roku.


WIELKA BRYTANIA – tutaj przybyłam i mieszkam od 10 lat.

4. Southampton – miasto wielu skrajności można je kochać i nienawidzieć. Od zawsze otwarte na przybyszów z bliska czy daleka, wszak to miasto portowe. Miasto wielkiej historii, olbrzymich dramatów życiowych ( rodziny załogi Titanica,niszczące naloty w czasie wojny). Dzisiaj brama do odkrywania tego co nowe, olbrzymi port i miejsce pracy dla innych przybyłych emigrantów jak ja po 2004 roku. Jeśli zainteresowani jesteście nieco samym Southampton to na blogu znajdziecie opisane już wcześniej moje Top 10 tego miasta – cześć pierwsza i cześć druga.

5. Park Narodowy New Forest – oto niedaleko mojego domu mam spory kawałek zielonego terenu. Zaledwie 10 minut drogi autem i oto możemy znaleźć się w prawdziwej oazie zieleni. Sam park narodowy to bardzo różnorodna sceneria, można wybrać się na spacer leśnymi ścieżkami, obserwować jelenie lub daniele na polanie, podziwiać piękno kwitnących wrzosowisk i zobaczyć słynne pół dzikie konie. Już jesień i częściej będę zaglądać do New Forest, las i jego karnawał liści o tej porze roku ma w sobie tyle uroku i piękna.

Przyznaje iż dzisiejszy post jest dość krótki, mogłam opisać tylko 5 miejsc a na pewno na tej liście powinno się jeszcze znaleźć sporo innych miejsc z moich podróży takich jak Rzym, Barcelona czy Ateny. Nie mogłabym pominąć też pięknego Palmitos Park na Gran Canarii czy mazurskich jezior…ech, rozpędziłam się i rozmarzyłam …

Jeśli macie ochotę zobaczyć i poczytać o innych ważnych miejscach moich klubowych znajomych zajrzyjcie koniecznie TUTAJ

Wczoraj dla przykładu czytałam post mojej klubowej koleżanki z Francji, Agnes z bloga De l’autre côté – jej najważniejsze miejsca znajdziecie TUTAJ, za to jutro odwiedzę Szwecję i Agnieszkę na jej blogu Agnes na szwedzkiej ziemi – link macie TUTAJ.

Nasz Klub Polek na Obczyźnie ma obecnie nową i pięknie odświeżoną stronę, na którą rownież Was zapraszam. Tyle do poczytania i pooglądania.
Ten post powstał w ramach naszego klubowego projektu na jesień – 5 ważnych dla mnie miejsc, warto wspomnieć iż nasz jesienny projekt obejmuje trzy miesiące. We wrześniu sporo z nas pisało o legendarnych i baśniowych istotach z naszych krajów, październik to najważniejsze dla nas miejsca a listopad będzie miesiącem filmowym, kiedy na blogach będziemy opisywać znane bardziej lub mniej filmy z naszych krajów. Nie ma więc mowy o nudzie, jesienne wieczory mogą być wypełnione po brzegi. 

Zajrzyjcie koniecznie na stronę klubu – Klub Polki na Obczyźnie 

Plaża Anglików /Gran Canaria 3

Nareszcie rozpoczyna sie nasz pełny pobyt, nieco wczesńie bo gdzieś ok.8.30 budzi nas śpiew ptaków. 

Leżę na łóżku i patrzę na skarwek nieba za oknem, widzę szerokie liście palm trącane przez niesforny wiatr. Niebo złoci się od wschodu- wielki,złoty olbrzym już wychodzi na swoją codzienną wędrówkę. Od razu można zorientować się, ze typowe z nas nowo przybyłe  „świeżaki” – tylko my wstajemy skoro świt, gdy reszta śpi w najlepsze.Uwielbiam wychodzić  na nasz mini taras- kolejny plus mieszkania na parterze- rozglądać sie po hotelowym ogrodzie.

Patrzę na różnorodne bogactwo roślin, słyszę odgłosy papug i zastanawiam sie czy chowają sie gdzieś w liściach palm- pózniej odkryję,że przy każdym niemal hotelu w ogrodzie hodowane są papugi, siedzą i pokrzykują,ekstra dawka egzotyki dla gości hotelowych. Nie myślcie jednak iż są specjalnie sprowadzane,sama na własne oczy przekonałam się iż papużki nierozłączki żyją dziko w naturze na terenie całej wyspy. Zwłaszcza wieczorami gromadnie przelatywały z drzewa na drzewo lub jazgotliwie rozprawiały o czymś w koronie palm.

Z dala widać błękit oceanu, po śniadaniu idziemy na plażę, to zaledwie kilka kroków i nasze pierwsze spotkanie z ciepłymi falami. Piasek na plaży ma nieco brudnawy odcień, przez to,że wymywany jest z po wulkanicznej skały. Oto roztacza się przed nami widok na jedną z części nadmorskiego kurortu Playa del Ingles ( w wolnym tłumaczeniu zwaną Plażą Anglików). Miejscowość powstała w 1962 roku na terenach wydartych pustyni, dzisiaj stanowi mekkę dla turystów zagranicznych w większości przeważają tu Szwedzi,Niemcy czy mieszkańcy wysp brytyjskich, to jednak ciągle się zmienia. 

Z jednej strony widać niekończący sie sznur hoteli i domków rozsianych na skałach ,za to z drugiej widać słynne wydmy w Maspalomas- ciekawe wrażenie ,jakby Sahara zrobiła krok przez morze. ( o tym ciekawym zjawisku napiszę w osobnym poście )

Na plaży gwarno od turystów, na szczęście to już nie szczyt sezonu, więc i gawiedź nieco mniejsza.

Nie chcemy płacić ekstra za wypożyczenie  leżaka, wolimy leżenie na piasku,  mamy ze sobą  olbrzymie plażowe reczniki. Spacer przez rozgrzany piasek to jednak nie lada wyczyn- jakby się chodziło boso po rozpalonych weglach. Uff jaki gorący… Nie zapomnijcie zabrać ze sobą jakiś klapek lub plażowego obuwia, poparzenie stóp murowane.

Woda- istny cud,ciepluśka z piaszczystym dnem, można siedzieć godzinami i ani odrobinę nie jest zimno. Warto dodać iż to plaża stworzona dla każdego, dzięki tym wielkim połaciom piasku na brzegu, linia brzegowa jest bardzo przesunięta w głąb morza. Ten kto kocha pływać musi odejść trochę dalej od brzegu ale każdy kto nie jest wytrawnym pływakiem będzie tym miejscem zachwycony, nie trzeba obawiać się niespodziewanych głębi a woda jest bardzo przyjemna i można naprawdę czuć się bezpiecznie. Trzeba pamiętać iż nie wszystkie części plaży mają budki ratownicze, jeśli więc wybieracie się na plażę z dziećmi warto bardziej zatrzymać się przy tych częściach.
Korzystamy ze słońca w tym dniu ostrożnie, po południu idziemy na zakupy do spożywczaka. Powiem krótko, sklepy zwane „Supermarkets” to sztuczne sieciówki z towarami w cenach tylko dla turystów, wcale nie jest tanio. Jeśli macie wypożyczone auto warto pojechać nieco dalej i zaopatrzyć się w sklepie dla miejscowych, złapiecie się za głowę jak wielka będzie różnica w cenie za pojedyncze towary.


Wieczorem raz jeszcze plaża i wieczorny spacer nadmorską promenadą.

Nie tylko turyści oblegają to miejsce wieczorową porą,co krok spotykamy koty, wygrzewają sie na rozgrzanych kamieniach,zaglądają w oczy turystom, przymilają się lub po prostu olewają  towarzystwo. Widać,ze mieszkają tutaj dobrzy ludzie bo o nie dbają, zostawiają wodę i sucha karmę. Jednak w naturze tych zwierząt jest nieustanna chęć zwrócenia na sobie uwagę. Przyciągają nasze spojrzenia swoim niezwykłym wyglądem, kolory sierści są rozmaite, niektóre przywołują nas cichym miałczeniem. Od zawsze kochałam koty, nie potrafię przejść obojętnie by choć na moment nie zatrzymać się przy jednym, takie wieczorne rozmowy kota i człowieka.

Koty wychodzą na promenade wieczorem i siedzą w świetle latarni, słuchają szumu oceanu- tacy wyspiarscy filozofowie, ciekawe o czym tak rozmyślą?! 

Jeśli spodobał Wam się kolejny odcinek mojej opowieści o Gran Canarii zapraszam za tydzień. 

W sobotę natomiast post z nieco innej beczki, ciekawa inicjatywa kulturalna – zapraszam.

Gran Canaria widziana moimi oczami – poprzednie odcinki 

1  * 2

Las Palmas de Grań Canaria /2

Oto kolejny odcinek mojego nowego cyklu, w którym opowiem o moim pobycie na Gran Canarii. To opis czysto subiektywny,widziany z perspektywy mojego własnego ‚widzi mi się’ dlatego jeśli ktoś ma inne zadanie może śmiało wyrazić je w komentarzach. Poprzedni odcinek znajdziecie TUTAJ 

Na lotnisku bardzo łatwo można znaleźć  informację o przystankach autobusu GLOBAL- sa niebieskie i poruszają się po całej wyspie, jak podawały informacje w necie to właśnie nim mieliśmy się dostać do naszego hotelu w Playa del Ingles na południowym wschodzie wyspy.
W autobusie wszyscy mają przyklejone nosy do szyby- tutaj ziemia jakby pomarszczona w kolorze ciemnego kakaa. Domki rozsiane w różnych miejscach, przykucnięte na moment, przybrane w kolory zachodzącego za górami słońca. Jeszcze dalej hotele, hotele i hotele i cudownie egzotyczna roślinność. 

Nareszcie jesteśmy na miejscu, bucha w nas rozgrzane powietrze- dochodzi godzina 20.00 a na ulicznym zegarze i wskazniku temperatury powietrza bagatela, 35 st C !!!

Do hotelu nie mamy daleko, idziemy z naszym całym majdanem, mamy pokój z widokiem na basen…na parterze, to najniższy standard ale nam nie chodzi o luksusy, chcemy się cieszyć tym czasem, cena pokoju jest bardzo niska, patrzymy ostrożnie na otoczenie, na nasz niemal, studencki pokoik i wiecie co?  Ogarnia nas prawdziwa radość- mamy siebie, te palmy za oknem,niebo i cykady świerszczy a i jeszcze mała lodówkę i aneks kuchenny, wody nie brakuje w kraine, nawet mamy własny prysznic. 

Noc mija z na wpół otwartymi oczami, śmieszą nas prześcieradła zamiast kołder ale nie dziwią przy tej temperaturze.

Zasypiamy z uśmiechem na twarzy- nareszcie mamy WAKACJE!!🙂

Następny odcinek już w najbliższy poniedziałek – zapraszam 

Gran Canaria widziana moimi oczami – poprzednie odcinki 

Przed podróżą /1

Właśnie dzisiaj uświadomiłam sobie, że za tydzień w kalendarzu pojawi się notka o pierwszym dniu jesieni i nie da się ukryć iż pomału do nas nadchodzi. Lato w Anglii czasem bywa deszczowe a jak już przyjdzie słońce i upał to nie trwa więcej a jednak ten rok nas zaskoczył, przynajmniej mnie tutaj na południu. Od połowy lipca słonko było łaskawe a upalnie było niemal do wczoraj. Nie byliśmy w tym roku na szczególnych dalekich wyprawach i może dlatego z nieco większą zazdrością podglądałam notatki innych blogerów, ich cudne fotografie i notki z podróży. Może właśnie ciesząc się tym słońcem obudziła się we mnie tęsknota do eksploracji nowych miejsc,ciekawych krain.

Oto zapraszam do nowego cyklu w odcinkach. Na dobry początek każdego tygodnia i w sobotnie wieczory zabiorę Was na Gran Canarie. Podróż odbyta zaledwie dwa lata temu nie została nigdzie odnotowana bo jeszcze wtedy nie istniał Storyland. Dzisiaj nie mogę odmówić sobie przyjemności aby przynajmniej na kartach bloga powrócić do tego pięknego miejsca. Niektórzy piszą pewnie o bardziej egzotycznych miejscach a ja dorzucam moje zdanie o GC. W moim postach znajdziecie nie tylko opisy miejsc ale i kilka moich prywatnych refleksji wraz ze zdjęciami pochodzącymi z moich prywatnych albumów. 

No więc wszystko zaczęło się tak…

Siedzimy już niemal na walizkach, wszystko spakowane, czuje lekkie motyle w brzuchu…Za oknem niewyraźne mgła, to normalne o tej porze roku Anglia raczej już nie zaskakuje, zreszta całe lato nie zaskoczyła, było wybitnie mokro i nieprzychylnie. 

Tym bardziej nie dociera do nas,że za pare godzin będziemy już na pokładzie samolotu.

Patrzę na nasza listę i zastanawiam sie,czy wszystko zabrane. Pewnie dla starych podróżników i trampkowych wyjazdaczy ta moja ekscytacja wyda sie nieco zabawna, nic na to nie poradzę, zawsze jakikolwiek wyjazd cieszył mnie jak mała dziewczynkę.

Chyba zreszta o to w życiu chodzi aby cieszyć sie z rzeczy małych….

Noc przychodzi , jeszcze tylko pare godzin….
Pobudka dość rzeska, miło sie wstaje z perspektywą nic nie robienia przez następne dwa tygodnie.

Mała nerwówka po 10 rano, stoimy przed domem na lekkim deszczu z bagażami a nasz znajomy jakoś nie nadjezdża….zaczynam kroczyć w jedna i druga stronę wzdłuż chodnika.

Na szczęście jest, z naszego Southampton jeszcze dwie godziny do lotniska i zaraz potem po 14.00 wylot do Areopuerto Las Palmas de Gran Canaria :-))

Lot trwa cztery godziny i pod koniec faktycznie wszystkich już roznosi, zwłaszcza,że w Rayanairze człowiek czuje sie jak w zatłoczonych autobusie miejskim. 

Z mglistej i szarej Anglii wlatujemy w blekit nieba,z okna samolotu widzimy wyłaniajace się z chmur kształty pozostałych wysp kanaryjskich, słońce zachodzi leniwie.

Buenas noches Gran Canaria ! 


 

C.D.N…

Top 10 Southampton (part 2)

Dzisiaj przedstawiam Wam kolejną część mojego Top 10 w Southampton, dla wszystkich którzy dopiero dziś mnie odwiedzili dodam iż post jest częścią „Projektu nad projektami” z Klubu Polek na Obczyźnie. Pierwszą piątkę opisałam w poście,który ukazał się dokładnie tydzień temu,możecie znaleźć go TUTAJ

Southampton – moje top 10 nie dotyczy tylko zabytków czy ciekawych miejsc,to moja opinia związana z całokształtem życia czy wizyty w tym mieście. Oczywiście to czysto subiektywna ocena,mimo to może dać Wam pewien punkt widzenia i pewne wskazówki przy okazji odwiedzenia Anglii. 

6. PARKI SOUTHAMPTON 

Miasto rozlało się na wielkim obszarze na przestrzeni kilkudziesięciu wieków, pod swoje skrzydła zagarnęło sporo okolicznych osad i wiosek. Dzięki temu jest to obszar bardzo zróżnicowany, nie brakuje też zielonych obszarów i wielkich parków. Ja skupiłam się tylko na kilku wartych odwiedzenia i oczywiście moich ulubionych.

Park Mayflower jak pogrzebiecie troszkę w internecie to dowiecie się iż nazwę Mayflower nosił  mały, drewniany żaglowiec, trójmasztowy galeon handlowy, na którym pierwsi koloniści angielscy, tzw. pielgrzymi, w liczbie 102 osób, przybyli do Ameryki Północnej w 1620 roku. Nazwa parku nie jest więc przypadkowa, położony w pobliżu doków jest ulubionym miejscem spacerowiczów kochających morskie klimaty. W parku znajduje się spory parking można więc bez problemu dojechać tam samochodem. U wejścia do parku jak strażnik stoi majestatyczny budynek dawnego wejścia na molo, które niestety zostało zniszczone i obecnie tylko straszy swoimi szczątkami. W ubiegłym roku miastu została przekazana rekordowa liczba 450 mln funtów na przebudowę parku, zmianę jego infrastruktury i odbudowę mola. Obecnie prócz wielkiego zielonego pola mało wykorzystanego, cześć parku stanowi mały deptak dający bezpośredni dostęp do linii brzegowej. Park Mayflower zawsze jest świetnym miejscem do podziwiania momentu wypłynięcia wielkich statków pasażerskich. Nowe plany zakładają przeobrażenie tego miejsca w nowe wypoczynkowo kulturalne centrum, każdy będzie mógł tutaj nie tylko podziwiać okręty cumujące w porcie ale i pospacerować wzdłuż promenady, czy zatrzymać się na kawę w nowo wybudowanych kawiarenkach. Muszę przyjąć iż plany są bardzo imponujące i nie mogę się doczekać aż staną się one faktem.

Park z lotu ptaka

Plany przebudowy parku 



Park Riverside – jak sama nazwa wskazuje bezpośrednio położony jest nad rzeką. Miasto przecinają dwie rzeki Test i Itchen i właśnie miasto jest miejscem ich ujścia do Zatoki Solent.  Park położony jest we wschodniej części miasta i warto podkreślić jego naturalny charakter. Tak jak miasto podzielony na dwie części, z jednej strony wspaniałe miejsce dla aktywnych sportów. Olbrzymi teren zielony to otwarta przestrzeń dla boiska i wydzielonego placu do gry w krykieta, tenisiści mogą znaleźć tutaj darmowy kort a amatorzy jazdy na deskorolce gotowe podjazdy. Druga cześć może zachwycić osoby kochające piękno natury. Idąc wzdłuż rzeki można naprawdę oderwać swoje myśli od zapracowanego dnia, często można spotkać tutaj wędkarzy oraz spacerujące mamy z małymi dziećmi. Z parku można wyruszyć też starym, pielgrzymim szlakiem do Winchesteru. Ubiegłego lata wraz z kilkorgiem znajomych wyruszyliśmy właśnie z tego miejsca, malownicza ścieżka wiedzie przez pola i łąki, przemyka pomiędzy zaroślami i wiernie trzyma się rzeki Itchen. Trasa była bardzo przyjemna ale dość wyczerpująca bo jednak przeszliśmy w tym dniu około 25 mil czyli prawie 40 km. Pamietam takie karkołomne wędrówki z dawnych czasów ale teraz to już nie te nogi,przeszłam ale stopy pod koniec wolały – dość. Jeśli kiedyś zawędrujecie w te okolice na pewno polecam wszystkim spacery wzdłuż rzeki. Dla pasjonatów fotografii na pewno znajdzie się wiele ciekawych obiektów czy tematów wartych utrwalenia.

Poniżej pare fotografii, wybaczcie jednak jakość – zrobione z telefonu nie cieszą mnie zbyt swoją jakością ;) 

Park Common – chyba każde miasteczko angielskie ma swój ” Common” – czyli niezalesione miejsce. To największy teren zielony w mieście,nie bez powodu znajduje się w pobliżu kampusów uniwersyteckich,świetne miejsce do aktywnego wypoczynku,czy zwykłego lenistwa. W weekendy odbywa się tu niemal zbiorowe grillowanie, widać też ludzi grających w piłkę. W parku znajdują się trzy stawy, ponadto plac zabaw dla dzieci, mały grajdołek z fontannami i płytkim basenikiem dla najmłodszych i jest oblegany całe lato. Dla mnie najcenniejsza  jest stara cześć parku, warto wybrać się tam o każdej porze roku i obejrzeć stary cmentarz. To miejsce pełne tajemnic może przenieść nas w czasie do epoki królowej Wiktorii. 

W parku można też napić się herbaty czy kawy a nawet zjeść coś na ciepło w małej,parkowej kawiarence. Dla prawdziwych głodomorów zawsze otwarte są wrota dwóch pubów u wejścia do parku z dwóch odległych stron. ( Bellemoor i Cowherds) 


Mam nadzieję,że podobała Wam się kolejna wyprawa po moim mieście. Zapraszam za tydzień na ostatnią cześć z tego cyklu. 

Dla tych co jeszcze nie czytali – Top 10 Southampton part 1 

Święto lotników

Za nami kolejny sierpniowy weekend, czas więc na kolejny mój wpis. Dzisiaj dla odmiany nie będzie wyprawy z pocztówką w tle. Nie zabiorę Was też  na jakaś dłuższą wyprawę, nie martwcie się jednak bo nie zabraknie takich opowieści już od nowego miesiąca. Zajrzyjcie na zapowiedzi blogowe a od razu będziecie wiedzieć o czym mówię. Dzisiaj zabieram Was do angielskiego Mielna bo tak właśnie postrzegam Bournemouth. Miła miejscowość letniskowa położona w hrabstwie Dorset, przyciąga licznych turystów nielicznymi w tym rejonie piaszczystymi plażami, molem, rozrywką i wakacyjnym klimatem. Mnie nad morze nie przywiodła plaża, słońce i piasek a raczej chęć popatrzenia w niebo.

bournemouth beach

Co roku bowiem prawie pod koniec wakacji Bournemouth zagęszcza się podwójnie, nie tylko turyści ale i miejscowi przyjeżdżają na coroczne święto lotników, tak można powiedzieć o Bournemouth Air Show, zapraszam was na moją z niego relację.

Unknown

Weekend przed nami- czas go wykorzystać

Osoby, które mnie już troszkę znają wiedza iż w soboty pracuje wolontaryjnie jako nauczyciel w polskiej szkole na terenie Southampton. Nie muszę więc chyba opowiadać jaka to radość dla mnie gdy nadchodzi czas wakacji, bo wyobraźcie sobie moi mili, ja mam wtedy normalny weekend tylko dla siebie. Jeśli nie mamy zaplanowanego urlopu to cały tydzień przebiega jak zazwyczaj, praca, dom, zakupy i sprzątanie ale za to weekend staje się nie lada gradką, więc byłoby naprawdę czystą głupotą zwyczajnie siedzieć w domu. Zawsze w czwartek na moich ustach pada takie stwierdzenie ” Weekend przed nami, czas go wykorzystać” i wtedy zaczyna się szukanie zabytku, miejsca piknikowego,parku,plaży czy jakiegoś ciekawego eventu. Mieszkańcy Wysp potwierdza iż szukanie musi być w czystej harmonii z najnowsza prognozą pogody, bo wierzcie mi ona potrafi zniweczyć chociażby najbardziej atrakcyjne propozycje weekendowe.

Festival lotnictwa w Bournemouth jest mi już dość dobrze znany, pamiętam jak jakieś cztery lata temu wybraliśmy się na niego po raz pierwszy. Pamiętam iż nie byliśmy zbytnio przygotowani, bo po pierwsze pojechaliśmy własnym autem. Może i było wygodnie ale za to powrót był koszmarny przez stanie w korkach, dodatkowo zabraliśmy zbyt mało jedzenia a to naraziło nas na dodatkowe koszty. Ten rok był inny, pojechaliśmy mądrzejsi o dawne doświadczenia.

Sierpień w tym roku w Anglii jest naprawdę bardzo łaskawy, praktycznie przez cały czas świeci słoneczko i tak niemal od połowy lipca. Oczywiście lato tutaj nie można porównywać z upałami na południu Europy a jednak nie brakuje miłych dni, udało mi się juz dość dobrze wykorzystać weekendy a mój krótki tygodniowy tydzień opiszę Wam we wrześniowej serii. Cieszył mnie niezmiernie fakt iż w sobotę wybierzemy się do Bournemouth, po pierwsze znowu nałapiemy słonecznej witaminy D, obejrzymy ciekawe pokazy lotnicze a może nawet pospacerujemy wieczorem wzdłuż molo. Oczywiście pogoda jak zawsze chciała spłatać nam figla. Od poniedziałku słońce prażyło niemiłosiernie, coż mi po nim jak każdego dnia szłam do pracy. A jednak na koniec tygodnia rozszalały się media zapowiedziami o nadchodzącej wichurze od Atlantyku, no i stało się w czwartek już zaczęło wieczorem padać a my mamy jechać w sobotę rano. Bardzo przytomnie sprawdziłam prognozę pogody na sobotę i jak przeczuwałam nie było miło, wiatr miał wiać w porywach do 45-50 mil/godzinę a to jest prawie 60 km/h. Nie wyobrażałam sobie jak może wyglądać taki dzień w deszczu i wietrze nad brzegiem morza, zresztą pokazy lotnicze też stały pod znakiem zapytania. Na szczęście w niedzielę wszystko miało wrócić do normy.

 

Wietrzna sobota i opcje wyjazdu

Pagoda w Anglii może zmieniać się z godziny na godzinę, jednak ostrzeżenia o silnym wietrze i opadach deszczu nie były wymyślone i na szczęście udało mi się zmienić datę na bilecie autobusowym. Nie pojechaliśmy na festiwal jak początkowo myśleliśmy w sobotę, tylko w niedzielę. Jeśli kiedyś zaplanujecie wyjazd na to wydarzenie poważnie przemyślcie opcje dojazdu, jak podają media chociażby w tym roku pomimo zmiennej pogody przez cztery dni festiwalowe od czwartku do niedzieli przewinęło się tam około 10 tys osób. Aż trudno w to uwierzyć, jednak jak podliczy się wszystkich gości hotelowych i napływającą publiczność to jest coś na rzeczy. Nie polecam jazdy samochodem,owszem możliwe to jest ale jeśli wykupicie sobie dużo wcześniej miejsce w jednym z licznych hoteli czy b&b i tam zatrzymacie auto na parkingu. Wszystkie parkingi w miasteczku są niemal zapełnione do ostatniej szpilki a uliczki dojazdowe w okolice plaży czy klifów sukcesywnie są zamykane wcześniej przez organizatorów. nie można jeszcze zapomnieć o najważniejszej kwestii, jeśli już uda Wam się dojechać na miejsce i szcześliwie gdzieś zaparkować to pamiętajcie,że zanim wyjedziecie z miasta czeka Was niesamowicie długie stanie w korku. Najlepszą formą dojazdu dla mnie jest pociąg albo autobus dalekobieżny. W Anglii pociąg zabierze Was niemal do każdej często najmniejszej dziury bo węzeł komunikacyjny w tym kraju jest naprawdę świetnie rozwiązany. Koszt biletu nie jest jednak zbyt mały bilet w jedną stronę i powrotny dla dwóch osób kosztuje około 28 funtów ( z mojego miasta), natomiast National Express w takim samym układzie będzie kosztował Was tylko 19 funtów. Nie jestem jakaś wybredna i nie mam kłopotów w trakcie podróży, dlatego zazwyczaj z moim panem mężem wybieram opcję autobusową.

National_Express_7102_Caetano_Levante_FJ08_KNW_Metrocentre_2009_pic_1

Nasze zmiany odnośnie dnia wyjazdu nie były złe, doczytałam później w lokalnej prasie,że  uderzenie wiatru w sobotę było tak duże iż szereg konkurencji nie odbyło się. Jaka to szkoda, bo organizatorzy co roku dwoją się i troją, budują specjalną scenę na plaży a tutaj taki głupi wiatr potrafi rozwiać wszelkie nadzieje. Anglicy są niezłomni w trwaniu na stanowisku pomimo wiatru czy deszczu, uzbrojeni w kaptury ,sztormowe kurtki, kalosze czy parasole potrafią dzielnie kibicować swoim ulubieńcom. Tym razem jednak niektórzy przegrali z pogodą, niektóre samoloty nie poleciały a nocne pokazy spadochroniarzy zostały odwołane, co do sceny muzycznej w połowie trzeba było wyganiać i muzyków i publiczność bo fale prawie podmyły scenę.

cm200815DAY1AirFest13.jpg.gallery
fot.dailyecho.com

 

Niedziela będzie dla nas…

Wyruszamy wcześnie rano, mamy to co najpotrzebniejsze do takiej wyprawy, czyli dwa składane krzesełka turystyczne, suchy prowiant i dużo wody. Dla nas kawoholików z upodobania i wyboru pakuję jeszcze termosik z aromatycznym napojem bogów. Aura wygląda optymistycznie, przestało już dawno padać i nawet widać prześwity słońca i najważniejsze – nie wieje.Nie zapomniałam też zabrać jakiś słodkich batoników oraz książki w wersji elektronicznej bo na miejscu będzie  dłuższe czekanie. Jedzie się szybko i lekko, droga do Bournemouth wiedzie autostradą w okolicach Parku Narodowego New Forest, są więc i piękne widoki już lekko zaróżawiających się od kwiatów wrzosowisk. Nie ma zbyt dużego ruchu i na miejsce docieramy niemal po 40 minutach. Z dworca do plaży i Boscombe Pier (mola) idzie się gdzieś 35 minut szybszym krokiem. Nam się nie spieszy, wioska lotnicza otwarta ma być od 10 ale pokazy lotnictwa maja rozpocząć się około 12.30.

Wolnym i niemal spacerowym krokiem idziemy w stronę morza, rozkoszujemy się atmosferą tak spokojnego i cichego jeszcze Bournemouth. Miasteczko dopiero budzi się ze snu, właściciele kawiarenek przecierają blaty stolików,goście hotelowi jedzą śniadanie na tarasach. Dzień okazuje się dla nas łaskawy,mamy lekkie zachmurzenie z przeblyskami słońca. Dochodzimy do morza,podziwiamy piękny widok na molo i plaże. Aż trudno uwierzyć w to,że wczoraj był tu prawdziwy pogodowy pogrom. Wieje lekki wiatr ale morze nadal wydaje się być niespokojne. Dostrzegamy surferów korzystających z dość wysokiej fali.

Plaża i niebo nad nami

Po wypiciu porannej filiżanki kawy w pobliskiej knajpce idziemy z naszym ekwipunkiem na plażę. Ludzie pomału zaczynają się zbierać. Robi się całkiem kolorowo,niemal wszędzie słychać stukot młotków wbijających parawany. Każdy zajęty jest umoszczeniem sobie najlepszego miejsca. Obserwuje rodzinę rozkładającą się po naszej prawej stronie. Matka raczej niczym nie zainteresowana uparcie wpatruje się w wyświetlacz swojego telefonu ( z pewnością sprawdza najnowsze doniesienia Fb), ojciec rozkłada mały plażowy namiot i niemal robi podkop do Francji tak zamaszyście obsypuje piaskiem swoje miejsce, jest jeszcze syn, nastolatek ze znudzoną miną. Biedak pewnie myśli, że jest tutaj chyba za karę. Takich scenek rodzajowych można znaleźć wiele. Teraz zaczyna się dla wszystkich wielkie czekanie bo godzina rozpoczęcia to 12.30.

Pokaz lotnictwa 

Nareszcie wszyscy się doczekali, całość rozpoczyna pokaz akcji desantowej na piaskach plaży. Można też zobaczyć jak wygląda akcja walki z piratami na otwartym morzu. To był piękny dzień bo oprócz dostojnych spitfirów z czasów II wojny światowej mogliśmy zobaczyć nowoczesne myśliwce czy prawdziwe powietrzne akrobacje. Dla większości niewątpliwie największą atrakcją było obejrzenie występu słynnej eskadry myśliwców Red Arrows.

Red Arrows to prawdziwa duma korony brytyjskiej. Niesamowicie precyzyjne wykonanie ich powietrznych ewolucji rozsławiło ich na całym świecie. W skład ekipy wchodzą niemal najlepsi piloci na świecie, często mający za sobą tysiące godzin spędzonych w powietrzu, niejeden z nich jest też instruktorem lotów w szeregach wojskowych. Za każdym razem gdy oglądam ich ewolucje mam gęsią skórkę.  Jeśli zdarzy Wam się być kiedyś w jakimś miejscu gdzie będą latać na pewno nie będziecie zawiedzeni.

Pełna lista eventów na których będzie można ich zobaczyć znajdziecie TUTAJ

To był naprawdę dzień pełen wrażeń. Zakończył się dość późno. Pogoda wytrzymała prawie do końca. Jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki dokładnie o 18.00 gdy dzień show został oficjalnie zamknięty nagle zaczął padać deszcz. Troszkę żałowałam bo do  odjazdu naszego autobusu mieliśmy jeszcze dwie godziny i wolałabym przesiedzieć je na plaży wpatrując się w zachodzące słońce, tymczasem poszliśmy w stronę dworca. Doczekaliśmy się do odjazdu i wróciliśmy do domu. 

Pamiątki przywiezione z tego dnia – kilka prospktów, podręczna siatka z logiem Red Arrows, dobre zmęczenie i niesamowicie opalone twarze i ramiona. ( wiatr nieźle opala) i uśmiechnięta buzia.
Dziękuję za odwiedziny i zapraszam w sobotę na drugą część artykułu o moim Top 10 Southampton.