Święto lotników

Za nami kolejny sierpniowy weekend, czas więc na kolejny mój wpis. Dzisiaj dla odmiany nie będzie wyprawy z pocztówką w tle. Nie zabiorę Was też  na jakaś dłuższą wyprawę, nie martwcie się jednak bo nie zabraknie takich opowieści już od nowego miesiąca. Zajrzyjcie na zapowiedzi blogowe a od razu będziecie wiedzieć o czym mówię. Dzisiaj zabieram Was do angielskiego Mielna bo tak właśnie postrzegam Bournemouth. Miła miejscowość letniskowa położona w hrabstwie Dorset, przyciąga licznych turystów nielicznymi w tym rejonie piaszczystymi plażami, molem, rozrywką i wakacyjnym klimatem. Mnie nad morze nie przywiodła plaża, słońce i piasek a raczej chęć popatrzenia w niebo.

bournemouth beach

Co roku bowiem prawie pod koniec wakacji Bournemouth zagęszcza się podwójnie, nie tylko turyści ale i miejscowi przyjeżdżają na coroczne święto lotników, tak można powiedzieć o Bournemouth Air Show, zapraszam was na moją z niego relację.

Unknown

Weekend przed nami- czas go wykorzystać

Osoby, które mnie już troszkę znają wiedza iż w soboty pracuje wolontaryjnie jako nauczyciel w polskiej szkole na terenie Southampton. Nie muszę więc chyba opowiadać jaka to radość dla mnie gdy nadchodzi czas wakacji, bo wyobraźcie sobie moi mili, ja mam wtedy normalny weekend tylko dla siebie. Jeśli nie mamy zaplanowanego urlopu to cały tydzień przebiega jak zazwyczaj, praca, dom, zakupy i sprzątanie ale za to weekend staje się nie lada gradką, więc byłoby naprawdę czystą głupotą zwyczajnie siedzieć w domu. Zawsze w czwartek na moich ustach pada takie stwierdzenie ” Weekend przed nami, czas go wykorzystać” i wtedy zaczyna się szukanie zabytku, miejsca piknikowego,parku,plaży czy jakiegoś ciekawego eventu. Mieszkańcy Wysp potwierdza iż szukanie musi być w czystej harmonii z najnowsza prognozą pogody, bo wierzcie mi ona potrafi zniweczyć chociażby najbardziej atrakcyjne propozycje weekendowe.

Festival lotnictwa w Bournemouth jest mi już dość dobrze znany, pamiętam jak jakieś cztery lata temu wybraliśmy się na niego po raz pierwszy. Pamiętam iż nie byliśmy zbytnio przygotowani, bo po pierwsze pojechaliśmy własnym autem. Może i było wygodnie ale za to powrót był koszmarny przez stanie w korkach, dodatkowo zabraliśmy zbyt mało jedzenia a to naraziło nas na dodatkowe koszty. Ten rok był inny, pojechaliśmy mądrzejsi o dawne doświadczenia.

Sierpień w tym roku w Anglii jest naprawdę bardzo łaskawy, praktycznie przez cały czas świeci słoneczko i tak niemal od połowy lipca. Oczywiście lato tutaj nie można porównywać z upałami na południu Europy a jednak nie brakuje miłych dni, udało mi się juz dość dobrze wykorzystać weekendy a mój krótki tygodniowy tydzień opiszę Wam we wrześniowej serii. Cieszył mnie niezmiernie fakt iż w sobotę wybierzemy się do Bournemouth, po pierwsze znowu nałapiemy słonecznej witaminy D, obejrzymy ciekawe pokazy lotnicze a może nawet pospacerujemy wieczorem wzdłuż molo. Oczywiście pogoda jak zawsze chciała spłatać nam figla. Od poniedziałku słońce prażyło niemiłosiernie, coż mi po nim jak każdego dnia szłam do pracy. A jednak na koniec tygodnia rozszalały się media zapowiedziami o nadchodzącej wichurze od Atlantyku, no i stało się w czwartek już zaczęło wieczorem padać a my mamy jechać w sobotę rano. Bardzo przytomnie sprawdziłam prognozę pogody na sobotę i jak przeczuwałam nie było miło, wiatr miał wiać w porywach do 45-50 mil/godzinę a to jest prawie 60 km/h. Nie wyobrażałam sobie jak może wyglądać taki dzień w deszczu i wietrze nad brzegiem morza, zresztą pokazy lotnicze też stały pod znakiem zapytania. Na szczęście w niedzielę wszystko miało wrócić do normy.

 

Wietrzna sobota i opcje wyjazdu

Pagoda w Anglii może zmieniać się z godziny na godzinę, jednak ostrzeżenia o silnym wietrze i opadach deszczu nie były wymyślone i na szczęście udało mi się zmienić datę na bilecie autobusowym. Nie pojechaliśmy na festiwal jak początkowo myśleliśmy w sobotę, tylko w niedzielę. Jeśli kiedyś zaplanujecie wyjazd na to wydarzenie poważnie przemyślcie opcje dojazdu, jak podają media chociażby w tym roku pomimo zmiennej pogody przez cztery dni festiwalowe od czwartku do niedzieli przewinęło się tam około 10 tys osób. Aż trudno w to uwierzyć, jednak jak podliczy się wszystkich gości hotelowych i napływającą publiczność to jest coś na rzeczy. Nie polecam jazdy samochodem,owszem możliwe to jest ale jeśli wykupicie sobie dużo wcześniej miejsce w jednym z licznych hoteli czy b&b i tam zatrzymacie auto na parkingu. Wszystkie parkingi w miasteczku są niemal zapełnione do ostatniej szpilki a uliczki dojazdowe w okolice plaży czy klifów sukcesywnie są zamykane wcześniej przez organizatorów. nie można jeszcze zapomnieć o najważniejszej kwestii, jeśli już uda Wam się dojechać na miejsce i szcześliwie gdzieś zaparkować to pamiętajcie,że zanim wyjedziecie z miasta czeka Was niesamowicie długie stanie w korku. Najlepszą formą dojazdu dla mnie jest pociąg albo autobus dalekobieżny. W Anglii pociąg zabierze Was niemal do każdej często najmniejszej dziury bo węzeł komunikacyjny w tym kraju jest naprawdę świetnie rozwiązany. Koszt biletu nie jest jednak zbyt mały bilet w jedną stronę i powrotny dla dwóch osób kosztuje około 28 funtów ( z mojego miasta), natomiast National Express w takim samym układzie będzie kosztował Was tylko 19 funtów. Nie jestem jakaś wybredna i nie mam kłopotów w trakcie podróży, dlatego zazwyczaj z moim panem mężem wybieram opcję autobusową.

National_Express_7102_Caetano_Levante_FJ08_KNW_Metrocentre_2009_pic_1

Nasze zmiany odnośnie dnia wyjazdu nie były złe, doczytałam później w lokalnej prasie,że  uderzenie wiatru w sobotę było tak duże iż szereg konkurencji nie odbyło się. Jaka to szkoda, bo organizatorzy co roku dwoją się i troją, budują specjalną scenę na plaży a tutaj taki głupi wiatr potrafi rozwiać wszelkie nadzieje. Anglicy są niezłomni w trwaniu na stanowisku pomimo wiatru czy deszczu, uzbrojeni w kaptury ,sztormowe kurtki, kalosze czy parasole potrafią dzielnie kibicować swoim ulubieńcom. Tym razem jednak niektórzy przegrali z pogodą, niektóre samoloty nie poleciały a nocne pokazy spadochroniarzy zostały odwołane, co do sceny muzycznej w połowie trzeba było wyganiać i muzyków i publiczność bo fale prawie podmyły scenę.

cm200815DAY1AirFest13.jpg.gallery
fot.dailyecho.com

 

Niedziela będzie dla nas…

Wyruszamy wcześnie rano, mamy to co najpotrzebniejsze do takiej wyprawy, czyli dwa składane krzesełka turystyczne, suchy prowiant i dużo wody. Dla nas kawoholików z upodobania i wyboru pakuję jeszcze termosik z aromatycznym napojem bogów. Aura wygląda optymistycznie, przestało już dawno padać i nawet widać prześwity słońca i najważniejsze – nie wieje.Nie zapomniałam też zabrać jakiś słodkich batoników oraz książki w wersji elektronicznej bo na miejscu będzie  dłuższe czekanie. Jedzie się szybko i lekko, droga do Bournemouth wiedzie autostradą w okolicach Parku Narodowego New Forest, są więc i piękne widoki już lekko zaróżawiających się od kwiatów wrzosowisk. Nie ma zbyt dużego ruchu i na miejsce docieramy niemal po 40 minutach. Z dworca do plaży i Boscombe Pier (mola) idzie się gdzieś 35 minut szybszym krokiem. Nam się nie spieszy, wioska lotnicza otwarta ma być od 10 ale pokazy lotnictwa maja rozpocząć się około 12.30.

Wolnym i niemal spacerowym krokiem idziemy w stronę morza, rozkoszujemy się atmosferą tak spokojnego i cichego jeszcze Bournemouth. Miasteczko dopiero budzi się ze snu, właściciele kawiarenek przecierają blaty stolików,goście hotelowi jedzą śniadanie na tarasach. Dzień okazuje się dla nas łaskawy,mamy lekkie zachmurzenie z przeblyskami słońca. Dochodzimy do morza,podziwiamy piękny widok na molo i plaże. Aż trudno uwierzyć w to,że wczoraj był tu prawdziwy pogodowy pogrom. Wieje lekki wiatr ale morze nadal wydaje się być niespokojne. Dostrzegamy surferów korzystających z dość wysokiej fali.

Plaża i niebo nad nami

Po wypiciu porannej filiżanki kawy w pobliskiej knajpce idziemy z naszym ekwipunkiem na plażę. Ludzie pomału zaczynają się zbierać. Robi się całkiem kolorowo,niemal wszędzie słychać stukot młotków wbijających parawany. Każdy zajęty jest umoszczeniem sobie najlepszego miejsca. Obserwuje rodzinę rozkładającą się po naszej prawej stronie. Matka raczej niczym nie zainteresowana uparcie wpatruje się w wyświetlacz swojego telefonu ( z pewnością sprawdza najnowsze doniesienia Fb), ojciec rozkłada mały plażowy namiot i niemal robi podkop do Francji tak zamaszyście obsypuje piaskiem swoje miejsce, jest jeszcze syn, nastolatek ze znudzoną miną. Biedak pewnie myśli, że jest tutaj chyba za karę. Takich scenek rodzajowych można znaleźć wiele. Teraz zaczyna się dla wszystkich wielkie czekanie bo godzina rozpoczęcia to 12.30.

Pokaz lotnictwa 

Nareszcie wszyscy się doczekali, całość rozpoczyna pokaz akcji desantowej na piaskach plaży. Można też zobaczyć jak wygląda akcja walki z piratami na otwartym morzu. To był piękny dzień bo oprócz dostojnych spitfirów z czasów II wojny światowej mogliśmy zobaczyć nowoczesne myśliwce czy prawdziwe powietrzne akrobacje. Dla większości niewątpliwie największą atrakcją było obejrzenie występu słynnej eskadry myśliwców Red Arrows.

Red Arrows to prawdziwa duma korony brytyjskiej. Niesamowicie precyzyjne wykonanie ich powietrznych ewolucji rozsławiło ich na całym świecie. W skład ekipy wchodzą niemal najlepsi piloci na świecie, często mający za sobą tysiące godzin spędzonych w powietrzu, niejeden z nich jest też instruktorem lotów w szeregach wojskowych. Za każdym razem gdy oglądam ich ewolucje mam gęsią skórkę.  Jeśli zdarzy Wam się być kiedyś w jakimś miejscu gdzie będą latać na pewno nie będziecie zawiedzeni.

Pełna lista eventów na których będzie można ich zobaczyć znajdziecie TUTAJ

To był naprawdę dzień pełen wrażeń. Zakończył się dość późno. Pogoda wytrzymała prawie do końca. Jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki dokładnie o 18.00 gdy dzień show został oficjalnie zamknięty nagle zaczął padać deszcz. Troszkę żałowałam bo do  odjazdu naszego autobusu mieliśmy jeszcze dwie godziny i wolałabym przesiedzieć je na plaży wpatrując się w zachodzące słońce, tymczasem poszliśmy w stronę dworca. Doczekaliśmy się do odjazdu i wróciliśmy do domu. 

Pamiątki przywiezione z tego dnia – kilka prospktów, podręczna siatka z logiem Red Arrows, dobre zmęczenie i niesamowicie opalone twarze i ramiona. ( wiatr nieźle opala) i uśmiechnięta buzia.
Dziękuję za odwiedziny i zapraszam w sobotę na drugą część artykułu o moim Top 10 Southampton.

Top 10 mojego miasta (part 1)

Dzisiejszy post został zainspirowany przez Klub Polek na ObczyźnieKlub rozszerza się z roku na rok,przybywa wiele nowych klubowiczek może więc przede wszystkim aby wyjść na przeciw nowym osobom postanowiliśmy nasz nowy projekt zatytułować Projekt nad  projektami. Przybliża on nas same,naszą drogę na emigracji ale i pokazuje miejsca skąd pochodzimy,gdzie obecnie mieszkamy i w jakie rejony najbardziej nas ciągnie. Mamy lato i właśnie dlatego z radością przyłączyłam się do projektu, zapraszam do odwiedzenia mojego miasta. 

Southampton – moje top 10 nie dotyczy tylko zabytków czy ciekawych miejsc,to moja opinia związana z całokształtem życia czy wizyty w tym mieście.  Oczywiście to czysto subiektywna ocena,mimo to może dać Wam pewien punkt widzenia i pewne wskazówki przy okazji odwiedzenia Anglii. Post podzieliłam na dwie części bo oczywiście jak zawsze się za bardzo rozpisałam. 

Southampton- miasto położone jest na południu Anglii na terenie hrabstwa Hampshire. Miasto położone jest u podnóża Zatoki Solent, która otwiera drogę morską do Wielkiego Kanału Angielskiego  ( potocznie zwanego Kanałem la Manche)

Mapa miasta i jego położenie na tle mapy UK

1. POŁOŻENIE MIASTA

Nie bez powodu ten właśnie aspekt umieściłam w moim rankingu bo jest to bez wątpienia wielki atut miasta. Położone na południu zdecydowanie czyni go bardziej atrakcyjnym ze względu na łagodniejszy klimat. W Southampton jest dużo więcej słońca niż w innych partiach wyspy. Dodatkowe sąsiedztwo Isle of Wight czyni je dość atrakcyjne jako miejsce wypadowe na potencjalne wakacje. Niedaleko stąd zresztą do Parku Narodowego New Forest, mamy więc wszystkiego po trochę las i drzewa,plaża i morze. Nie można też zapomnieć o lokalizacji miasta pod względem jego znaczenia ekonomicznego. Najpierw gród miejski z czasem rozrastajacy się do dzisiejszych rozmiarów został wybudowany u ujścia dwóch rzek do wielkiej zatoki. Jaki to miało wielki wpływ na rozwój miasta? Rybacy,szkutnicy a nawet żeglarze poszukujący nowych ziem nie omijali Southampton, bliskie sąsiedztwo królewskiego Winchester jeszcze bardziej wzmacniało znaczenie obronne i komunikacyjne miasta. Nawet dzisiaj Southampton uważane jest za miasto, w którym można żyć szczęśliwie i dostatnio właśnie dzięki jego dobremu położeniu na mapie Anglii a może nawet Europy.

2. PORT 

Nie możemy zapominać iż Southampton jest przede wszystkim miastem portowych, linia brzegowa posiada pokaźnych rozmiarów doki. Jako ciekawostkę mogę dodać iż na wodach Southampton występuje zjawisko podwójnego przypływu co powoduje iż doki mogą stać się miejscem postoju dla olbrzymich rozmiarow okrętów. Dzisiejszy port jest drugim co do wielkości w Wielkiej Brytanii portem przeładunkowym.  Kilka razy w tygodniu przypływają tu olbrzymie kontenerowe. Wyjeżdżając do miasta nie można nie dostrzec widoku olbrzymich żurawi w porcie, ich wysokie maszty zawsze nasuwają mi skojarzenia z olbrzymi żyrafami obserwującymi życie miasta z góry.  Naprawdę fascynujący widok zwłaszcza nocą. Właśnie nocą usłyszycie zresztą charakterystyczne dla tego miasta odgłosy żyjących doków, dzwonki i syreny przesuwnych suwnic, zgrzytliwe dźwięki łańcuchów czy przypominające zbliżającą się burze hałasy przenoszonych kontenerów.

 Takie dźwięki nie dziwią miejscowych, najbardziej cieszą odgłosy porannej syreny okrętowej to znak iż statek szczęśliwie zawinął do portu a port mu radośnie odpowiada. Port zawsze pobudza wyobraźnię bo jest naszym ” okiem na świat ” jest on bowiem portem macierzystym dla wielu statków pasażerskich. 

Independence of the Sea
W słoneczny weekend warto wybrać się na spacer i podziwiać wspaniałe olbrzymy wpływające w daleki rejs. Całe miasto i okolica żyje życiem portu daje on bowiem pracę i chleb wielu rodzinom miejscowej ludności, staje się miejscem wielu wydarzeń kulturalnych, tu wita się znakomitych gości i tutaj co roku odbywa się jednen z najbardziej znanych i międzynarodowych targów marinistycznych na świecie „Boat Show”.

3. STARE MURY MIEJSKIE 

Miasto położone w południowej części Wyspy niestety nie uniknęło okrutnej karty historii. W trakcie nalotów hitlerowskich bombowców w 1944 roku zostało zniszczone niemal 70% starej części miasta. To wielka strata zważywszy iż miasto przed wojną w czasach panowania królowej Wiktorii przeżywało wielki rozwój, odwiedzało go wielu zamożnych gości a jego zabudowa architektoniczna nie miała sobie równych. W trakcie nalotów ponad 660 osób straciło życie a ponad 2000 było cieżko rannych. Właśnie brak starych zabudowań najbardziej zadziwia wszystkich, którzy pierwszy raz się tutaj znajdą a mają świadomość iż początki powstania miasta sięgają jeszcze czasów Średniowiecza. Kto jednak będzie bardziej dociekliwy na pewno dostrzeże pozostałości starych obronnych murów miejskich. Zabudowania obronne z czasów gdy stał tu jeszcze gród wyraźnie podkreślają dawne strategiczne znaczenie miasta. Wzdłuż murów biegnie dzisiaj specjalnie wyznaczony szlak, warto wybrać się na spacer i poszukać dawnych śladów saksońskich korzeni miasta czy zobaczyć w jakich rejonach znajdował się średniowieczny zamek. 

Szlak wzdlóż starych murów


4. DWA SYMBOLE STARYCH DZIEJÓW 

Tutaj pozwolę sobie na małą ekstrawagancję, miasto ma bowiem dwa obiekty o których nie mogę przemilczeć, symbole przeszłości ale i dzisiaj mogą pobudzać wyobraźnie, mówiąc krótko będąc z wizytą w Southampton musicie je zobaczyć. 

Bargate – po angielsku oznacza bramę wjazdową i niczym innym nie jest ten właśnie obiekt ustawiony w samym sercu miasta. Symbol miasta bez wątpienia, brama została wybudowana w 1180 roku i stanowiła miejsce odzielenia prawdziwych zabudowań grodu od podmokłych terenów przylegających do grodu. Przez stulecia zmieniała swój wizerunek i miejsce przeznaczenia, tutaj obradowała rada miasta, tu było wiezienie i miejsce sądu a od 2012 jest małą galerią sztuki. Warto podkreślić też iż brama była niemal przyklejona do przylegających do niej budynków a jeszcze w latach 30tych ubiegłego wieku przejeżdżały pod nią tramwaje. Dzisiaj miejsce wokół Bargate zostało kompletnie oczyszczone i stanowi ono prawdziwe centrum miasta, dzisiaj brama to miejsce spotkań Sotonian, pod jej murami chowają się zakochani a lokalni muzycy wykorzystują akustykę starych murów. Jeśli zawitacie kiedyś do Southampton nie zapomnijcie zrobić sobie zdjęcia na tle bramy. 

Dodam iż w tym roku miasto dostało specjalne środki finansowe na renowacje i oczyszczenie i osuszenie bramy, lśni i jaśnieje pięknym blaskiem jak nigdy dotąd. 

Bargate dzisiaj

Bargate od tyłu w 1932

Tudor House – wspaniała budowla postawiona w Southampton w XV wieku wraz z zamkiem króla Jerzego, wspaniały przykład renesansowej zabudowy miejskiej. Dzisiaj muzeum wraz z ogrodem i kawiarnią, w czasie zwiedzania starego miasta warto zajrzeć na Plac św. Michała i zobaczyć ten niezwykły zabytek. 

5. HISTORIA TITANICA I SEA CITY MUSEUM 

Nieco mroczne a nawet smutne wyda się przytoczenie takiej karty historii w moim Top 10, jednak nie można mówić o Southampton i zapomnieć o Titanicu.

Titanic można nazwać okrętem pod banderą Irlandii a jednak to właśnie z Southampton pochodziło 70% jego załogi to właśnie w tym mieście wypełniano jego ładowanie w lokalne produkty żywnościowe. W roku zatoniecia okrętu miasto przeżyło prawdziwą tragedię i ogarnięte było żałobą. O wydarzeniu zatoniecia przypomina szereg tablic rozsianych w różnych częściach miasta i poświęconych różnym członkom jego załogi jak np inzynierom, muzykom czy mechanikom. Co roku w dniu rocznicy zatoniecia statku ( 15 kwietnia 1912) władze miasta i członkowie rodzin składają kwiaty i wieńce pod głównym pomnikiem upamiętniającym to smutne wydarzenie. Nie ulega jednak wątpliwości, historia i legenda Titanica przyciąga co roku do miasta tłumy. Warto dlatego skorzystać z okazji i podejść do muzeum miejskiego – Sea City Museum gdzie znajduje się specjalna ekspozycja poświęcona wydarzeniom związanym z Titaniciem. Ekspozycja nie jest skupiona tylko wokół tragedii śmieci ale pokazuje życie miasta w czasach planowanego rejsu. To naprawdę w ciekawy sposób opowiedziana historia ludzi z tamtych czasów. Miałam okazję odwiedzić muzeum w lipcu i na pewno jeszcze przygotuję osobny materiał na ten temat. Samo muzeum poświęcone jest również historii miasta od jego najwcześniejszych lat powstania do widoku współczesnego. Dodam jeszcze iż muzeum zostało umieszczone w jednym ze skrzydeł miejskiego ratusza i rozszerzone o specjalnie wybudowany budynek. Osoby zainteresowane historią nie powinny pominąć tego punktu programu zwiedzania miasta. 

Widok na Sea City Museum

Tutaj wywieszono nazwiska ofiar z okrętu w 1912
Jak widać moje Top 10 nabrało sporo rozmiarów i aby Was za bardzo nie zmęczyć postanowiłam podzielić temat na dwie części. Kolejna piątka w kolejną sobotę.

Post powstał z inicjatywy Klubu Polek na Obczyźnie jeśli macie ochotę poczytać więcej historii z naszego klubu zapraszam do zapoznania się Projektem nad Projektami. 

Pozdrowienia z raju

Jak widać moje blogowanie nieco się zmienia ale nadal pozostaje wierna moim Czwartkowym Wyprawom Pocztówkowym.  Muszę przyznać dla własnej satysfakcji te posty sprawiają mi wiele radości, bo i dowie się człowiek czegoś o świecie, poogląda ładne zdjęcia i może zainspiruje do nowych podróży. 

Dzisiaj jak na lato przystało mam dla was piękną jakże słoneczną w treści widokówkę. 

Cudowne wysypki 

Dzisiejszą kartkę przysłała mi dziewczyna,która mieszka w Malezji i akurat wybrała się na wakacje do Langkawi. To jedna z wielu wysp malezyjskich położonych na granicy z Tajlandią i szczerze jej zazdroszczę takich rajskich wakacji.

Co warto zobaczyć na Langkawi 

Poszperałam troszkę w internecie podaję Wam tutaj listę najciekawszych miejsc wartych zobaczenia w tym malowniczym zakątku Malezji: 

1. Sky Bridge – spektakularny most wybudowany 700 metrów nad poziomem morza. Most nie tylko wygląda wspaniale ale również dostarcza niesamowitych wrażeń, można z niego podziwiać piękno wyspy oraz otaczające je wysepki i atole.

2. Dataran Lang zwane Orlim Zakątkiem- oto mamy przed sobą 12 metrową figurę orła. Olbrzymich rozmiarow ptak stoi z rozpostartymi skrzydłami jakby gotowy do lotu. Statua stoi niemal jak strażnik w okolicach Kuam. To miejsce znane z małych turystycznych osad. Nie brakuje tutaj miniaturowych fontann,sklepów wolnocłowych i uroczych zatoczek. 

  3. Kolejka linowa – jedna z najpopularniejszych atrakcji wyspy. 15 minutowa przejażdżka ponad lasem równikowym porastającym większą część wyspy może dostarczyć cudownych wrażeń. Kolejka powiedzie nas na szczyt góry Mat Cincang. Temperatura wraz z wysokością nieco się zmienia jak więc piszą przewodniki warto przed wyprawą zaopatrzyć się w cieplejszą bluzę.

4. Gunung Raya – najwyższe wzniesienie wyspy, góra liczy sobie 881 m n.p.m jak głosi legenda góra jest byłym domem Mat Raya olbrzyma zamieszkującego kiedyś wyspę. Góra całkowicie jest zalesiona i stanowi prawdziwą ostoję dla lokalnej flory i fauny. W lasach porastających wzniesienie żyją m.in. makaki,wiewiórki,orły górskie oraz słynne bieliki amerykańskie,liczne gatunki egzotycznych ptaków jak papugi,tukany czy słynne dzioborożce. Gunung Raya to dość popularne miejsce do turystyki pieszej.

5. Birds Paridise- wspaniała atrakcja dla rodzin ale i przede wszystkim miłośników przyrody,zwłaszcza ptaków. Na terenie parku w pięknie skomponowanym naturalnym środowisku można podziwiać ponad 2500 różnych gatunków egzotycznych ptaków. Dla wielu niemałą atrakcją będzie z pewnością pora karmienia ptaków.

6. Pulau Payar- wspaniała marina do której można dopłacać motorówką lub katamaranem. Największą atrakcją jest tutaj Ogród Koralowy do którego wstęp jest tylko za specjalnym pozwoleniem. Dla turystów organizowane są specjalne wyprawy. To raj dla kochających nurkowanie i kontakt z wodą, niestety rozczarowanie mogą przeżyć wędkarze, bowiem jest ono na tym terenie ściśle pod nadzorem.

7. Telanga Tujuh- to chyba jedna z najlepszych atrakcji wyspy. Gdybym w jakiś cudowny sposób znalazła się na wyspie na pewno chciałabym zobaczyć słynne wodospady. To kraina mistycznych wróżek a samych kaskad jest siedem i połączone są z siedmioma jeziorami. Nie brakuje też dreszczyka emocji, można bowiem samodzielnie pokonać 45 stopni aby znaleźć się na szczycie jednego z  wodospadów.

Wakacyjnie się całkiem zrobiło. Dzisiaj nieco egzotyczna przygoda z pocztówką w tle. Komu się podobało to zapraszam za tydzień, tym razem zaproszę Was na wycieczkę w góry. Nie mam zamiaru uciekać też od tematu zwiedzania i odkrywania nowych miejsc latem. Już w sobotę pokaże Wam na co warto zwrócić uwagę jak już zawita się w moje,angielskie strony.

 Top 10 Southampton cześć 1  już w sobotę-zapraszam🙂

Moje rozważania na temat przyjaźni na emigracji 

Przeczytałam kiedyś w jakiejś mądrej książce iż do pełni szczęścia potrzebne jest człowiekowi : 

– wewnętrzna harmonia ducha 

– szacunek do samego siebie 

– codzienna dawka dobrego śmiechu i dobre słowo przyjaciela 

Chyba każdy z nas może sobie objaśnić na swój własny czy filozofów sposób jak osiągnąć tą pełnie. Dzisiaj nieco dygresyjnie bo mamy początek tygodnia a do moich przemysleń skłoniła mnie niedawna wizyta przyjaciółki z dawnych lat w Polsce. Mieszkam za granicą prawie już 10 lat, dla niektórych to wieczność dla innych mrugnięcie powieką. Tak czy owak,podjęłam kiedyś odważną decyzje aby wyruszyć w świat i zostawiłam za sobą tych wszystkich ludzi co byli ze mną wokół do tej pory. Nigdy nie byłam typem samotnika,może na przekór temu iż zostałam jedynaczką zawsze szukałam towarzyszy zabaw od małego. Nie brakowało ich wcale,nawet w dzieciństwie była nas mała gromada znajomych i pamietam te szczęśliwe lata harców i zabaw w zielonych ogrodach naszych rodziców. Nasz dom nie był też warowną twierdzą, otwarte drzwi dla znajomych i sąsiadów sprawiały iż zawsze ktoś się pojawił,przywitał,przyszedł z interesem,po poradę czy zwyczajnie na pogaduchy. Ludzie w ogóle byli wtedy bardziej towarzyscy, jeszcze na studiach a pózniej w pierwszych latach pracy miałam spore grono znajomych. Pełno było wspólnych wypadów,koncertów,wyjsć do kina,wyjazdów pod namiot czy góry, były też ogniska i śpiewanie przy gitarze. Jakże to współczesne społeczeństwo zubożało. Z tych czasów wyniosłam coś więcej niż wiele wspomnień i wspólnych zdjeć to przede wszystkim poczucie wspólnoty, nasze cele, szacunek do innych i radość bycia razem. Miałam też w tym gronie szczególnie mi bliskie przyjaciółki, łączyły nas wspólne wartości i ideały, podobne poczucie humoru, zabawnie było nazywać się wzajemnie siostrami bo takie byłyśmy dla siebie jak siostry.

I nagle wyjechałam…

Ktoś zapyta, co skłoniło mnie do wyjazdu,przecież nudno nie było i tyle wspólnych planów i dążeń…ale chyba dla mnie nadszedł czas wejścia w dorosłość, gdzie muszę znaleźć czas dla siebie samej i moich pragnień. 

Chyba jednym z powodów iż nie mogłam odnaleźć się w moim dawnym gronie był nieustająco trwający sezon na wesela. Mówiąc krótko wszyscy na około łączyli się w pary a ja jakoś nie potrafiłam znaleźć tego Jedynego. Na rożne sposoby próbowałam się wpasować i wiem,że oni sami też próbowali znaleźć dla mnie miejsce w swoich sercach i domach. To było nieuniknione,szukanie siebie samej i zrobienia czegoś tylko dla siebie i oto walizka spakowana. Znalazłam się sama, bez grona dawnych przyjaciół,rodziny i ukrywających się telefonów, zapisany od deski do deski terminarz spotkań już nie był mi potrzebny.

Pamietam tą ciszę , usłyszałam ją wyraźnie w niedzielne popołudnie gdy miałam dzień wolny od pracy i nagle nie wiedziałam co mam z sobą począć.

Listy, maile czy nawet rozmowy na Skype nagle zaczęły się rozmywać. Wiele osób zarzuciło mi wtedy jakże się zmieniłam w tej Anglii, zatraciłam dawne ideały,to prawda- zmieniłam się bo emigracja zmienia człowieka. Jednak to nie tylko ja uległam zmianie,to czas i lata nas zmieniają. Minęło już 10 lat i każdy z nas jest inny, każdy ma swoje własne problemy,swoje własne życie. Nie potrafiłam tego od razu zrozumieć,łudziłam się iż wszystko przetrwamy a mój kontakt będzie jak dotychczas. Jakże się wtedy myliłam, miotanie się pomiędzy dwoma światami tym co zostało Tam za moimi placami a tym co wchodzi przed szereg Tu i Teraz doprowadzało mnie do płaczu,rozdarta i nie poskładana,nie mogłam zrozumieć dlaczego Tam już nie ma dla mnie miejsca jak dawniej a Tu jakoś nie przypomina to co chciałabym mieć na własność. Moje listy nie dostawały odpowiedzi,kartki tak pieczołowicie wybrane na święta nie doczekały odpowiedników i tak z czasem przesłało mi zależeć, nie chciało mi się już chcieć. Wiem jak trudno utrzymać przyjaźń na odległość, ważny jest dystans i wzajemne wyjście do siebie,nawet gdy droga nie jest wyraźna a czasu brak,warty wszystkiego jest każdy nawet najmniejszy gest dobrej woli. 

Pomimo wielokrotnie ponawianych prób nie udało mi się przywrócić relacji z dawnych czasów, jakoś nie potrafiłam w pełni cieszyć się moim Tu i Teraz i nagle w tym moim wewnętrznym zawirowaniu pojawił się K ( mój obecny mąż). Wierze świadomie, że jest dla mnie Darem bo dzięki niemu przetrwałam najcięższe chwile i odzyskałam wiarę w ludzi. Wskazał mi drogę do tego iż przede wszystkim trzeba szanować samego siebie a nie być ciagle mesjaszem innych, ratować i szukać próby ratunku gdy tymczasem świat nas tłamsi. 

Na niejednym blogu przeczytacie iż Polakowi na emigracji nie jest łatwo znaleźć bratniej duszy, nie jest łatwo postawić fundamenty do nowej przyjaźni. Zabiegani i zapracowani często uwikłani w dawne wspomnienia nie dostrzegamy ludzi wokół nas,do tego nie jesteśmy łatwi w nawiązywaniu relacji, sami dla siebie wilkiem a dla obcokrajowców dziwacznie bezczelnie za szczerzy. Jakże często zatrzaskujemy sami sobie drzwi do realizowania marzeń, gubimy w naszych kompleksach, rozpamiętujemy przeszłość i nie walczymy o dobrą przyszłość. Może stąd mówimy czy piszemy o wielkiej samotności, powierzchownych znajomościach, innej mentalności a tymczasem skorupka jest ciagle zamknięta. Sama też przeżywałam te chwile, kiedy narzekałam iż nikogo dla nas nie ma, w weekendy ciagle jesteśmy sami a wszyscy tak z pozoru bardzo zajęci. Dysonans pogłębia brak dzieci, bo o czym tu niby z tymi ludźmi rozmawiać…

Problem nie jest po niczyjej winie, problem siedzi w naszych głowach. Dzisiaj nie rozpamiętuje już czasów minionych, nie oceniam, nie sprawdzam i nie zadręczam siebie i innych. Rozglądam się uważnie i widzę nowe dobre twarze wokół nas, nie zamykam tez moich drzwi na ludzi z dawnych lat. Nawet niedawno bo w ubiegłym miesiącu miałam gościa z Polski, nie jesteśmy już jak te dwie zwariowane dziewczyny 20 lat temu ale wciąż mamy każda swoją opowieść. 

EPILOG

Nie podam na końcu odpowiedzi na pytanie ‚ Co jest złotym środkiem jeśli chodzi o relacje przyjaźni na emigracji?’ Każdy z nas ma swoje, inne życie i szereg rożnych doświadczeń. Jedni z Was trafią na grono fantastycznych ludzi w pracy, innych ktoś zainspiruje, trafi mu się świetny sąsiad a matka znajdzie bratnią dusze na placu zabaw. Jedno jest ważne – liczy się serce, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Nie zgubmy w sobie potrzeby bycia z drugim człowiekiem, nie rozpamiętujmy dawnych czasów. Może właśnie gdzieś obok nas są ludzie, którzy z radością przyjmą zaproszenie na herbatę. 
Do tematu zainspirowały mnie posty moich koleżanek z Klubu Polek na Obczyźnie choć ja sama nie włączyłam się wtedy w projekt o przyjaźni, nie mogę też zapomnieć o mojej ‚polskiej siostrze’ jej wizyta stała się na pewno swoistą kropką nad i.
 

Dlaczego latem prawie wcale nie bloguję? 

Dokładnie ponad miesiąc temu zaproponowałam małą zabawę na zakończenie mojego cyklu wpisów o pocztówkach z Algierii. Nie odzywałam się i tutaj bardzo przepraszam wszystkie uczestniczki tego mini konkursu. Jak zawsze lato dostarcza nam sporo nowych emocji czy tematów do poruszenia. 

Moje lato to wakacje zarówno na łonie natury jak i sielskie krajobrazy wsi oraz uroki miast. Nie zabraknie też nieco egzotycznych klimatów z cieplejszej strony Europy. Mam głowę wylądowaną po brzegi różnymi treściami, obrazami, świeżymi obserwacjami i już nie mogę się doczekać kiedy Wam to wszystko opowiem i pokaże. Lato to także dużo dobrych rozmów, spotkań i wspomnień stąd nie może obyć się bez paru dygresyjnych wpisów.

 Moi stali czytelnicy z pewnością zauważą pewne małe zmiany na blogu. Pojawiło się więcej podstron, lato sprzyja refleksji i stąd pewne małe porządki blogowe.

Z pewnością nie wystarcza mi tylko pisanie o pocztówkach stąd postanowiłam dużo więcej poświęcić uwagi moim zapiskom z podróży większych i mniejszych o tym co widziałam, co jest warte polecenia i gdzie można wybrać się na krótki wypad weekendowy opiszę Wam w dziale MOJE PODRÓŻE DUŻE I MAŁE. Nawet dzisiaj możecie tam zajrzeć i znaleźć co warto zobaczyć na Wyspach a co w Europie.

Postanowiłam również wrócić do moich typowo czystych brytyjskich opowieści tak więc spodziewać się wkrótce możecie dokończenia ALFABETU EMIGRACJI czy więcej reportaży o życiu na Wyspach, komentarzy aktualnych wydarzeń, oceny i opisu spraw, które mnie dotykają – Z INNEJ  BECZKI
Nie zabraknie też stałych rubryk w ramach projektów poruszanych w KLUBIE POLKI NA OBCZYŹNIE i moich wycieczek śladami kartek pocztowych w mojej CZWARTKOWEJ WYPRAWIE POCZTÓWKOWEJ.


Chyba najbardziej zaniedbałam jednak moje recenzje książkowe, tematy o kulturze i sztuce a przecież od zawsze towarzyszyły mi w życiu. Nie mogę więc przejść obojętnie obok tego co dzieje się w moim mieście czy okolicach i nie napisać Wam o tym przynajmniej raz w miesiącu i tu zapraszam na TROCHĘ KULTURY.

Mam nadzieję iż każdy znajdzie w Storylandzie coś dla siebie bo każde słowo, myśl czy obraz ma tutaj swoją opowieść a Storyland to kraina wielu możliwości. 
ALGIERSKIE ROZDANIE POCZTÓWKOWE

Pocztówki z Algierii i nie tylko przypadają w udziale Sylwii

Czekam na kontakt i adres do wysyłki nagrody. Wszelkie informacje napisz mi na adres mailowy storyland14@gmail.com 

Pozdrawiam 🌞



Algierskie ciekawostki i loteria 

Dzisiaj zapowiedziana wcześniej ostatnia cześć mojej opowieści pocztówkowej o Algierii wraz z loterią pocztówkową.

W ramach wstępu 

Moje ostatnie posty przyniosły dużo miłych komentarzy za które bardzo serdecznie dziękuje, pojawiły się też pytania i może właśnie dlatego postanowiłam wyjść nieco na przeciw tym zapytaniom. Nieco pogrzebałaby, troszkę się dokształciłam i dziś więcej ciekawostek.

Flaga Algierii

Berberowie i religia w Algierii

Jak podają współczesne dane wiekszą cześć terenów pustynnych Algierii zamieszkują dzisiejsi Berberowie. To bardzo ciekawy lud, stanowią  rdzenną ludność północnej Afryki i Sahary pochodzenia chamito-semickiego. Stanowią w większości odrębny typ somatyczny w ramach rasy białej, nazywany w nauce berberyjskim. Wielu ma do dziś niebieskie oczy, rude, bądź jasne włosy. Na terenie Afryki Północnej zamieszkują od wieków. Ogromna większość z nich to suniccy muzułmanie. Berberowie wierzą, że Allah jest jedynym bóstwem, a Mahomet jest jego prorokiem. Według nich powinna powstać ‚umma’, zjednoczona społeczność muzułmańska, którą kierować będzie kalif – przywódca od spraw politycznych, ale nie religijnych. W tym ostatnim różnią się od szyitów, którzy w kalifie widzą następcę Mahometa. Algieria jest więc krajem muzułmańskim (islam jest religią „państwową”), a więc obowiązują w nim prawa i zasady islamu. Nie należy przebywać w miejscach publicznych w stroju plażowym, a także w krótkich spodenkach i spódniczkach mini. Nie wolno wchodzić do meczetów bez respektowania zasad odpowiedniego stroju i zachowania. Zwiedzanie świątyń przez kobiety jest możliwe po uzyskaniu zezwolenia. W okresie ramadanu jedzenie, picie i palenie tytoniu w miejscach publicznych od świtu do zmierzchu może być potraktowane jako obraza zasad. 

 Językiem berberyjskim mówi dzisiaj jeszcze od 6 do 7 mln ludzi, a najwięcej w Maroku i Algierii.   Nazwa Berber pochodzi od łacińskiego słowa barbarus czyli barbarzyńca. Berberowie zaś mówią o sobie Amazigh – „ludzie wolni”. 

Prawdopodobnie Berberowie na wspomnianych wyżej terytoriach byli obecni od starożytności. Spotykali ich już starożytni Grecy i Kartagińczycy kolonizując południowe wybrzeża Morza Śródziemnego. W latach 1921–26 na terenie obecnego Maroka istniała berberyjska Republika Rif. Po procesie dekolonizacji wielu Berberów migrowało do Francji. W nowych krajach po dekolonizacji z trudem odnajdywali się w nowej rzeczywistości stając się obywatelami drugiej kategorii po Arabach. Na emigracji wnieśli szczególnie ważny wkład w kulturę francuską. Przykładem jest tu cała plejada aktorów, piosenkarzy, na przykład Isabelle Adjani, piłkarz Zinedine Zidane. Współcześnie w krajach istniejących na ojczystych ziemiach Berberów, szczególnie w Algierii (8–15% Berberów) czy Maroku (30%), arabskie władze prowadzą politykę ich wynaradawiania i asymilacji.

Kobiety w Algierii 

Tradycyjnie w kulturze algierskiej kobiety postrzegane są jako słabsze od mężczyzn w aspekcie umysłowym, duchowym i cielesnym. Honor rodziny zależy w dużym stopniu od prowadzenia się jej członkiń – oczekuje się, żeby kobiety były przyzwoite, skromne i dyskretne. Przed ślubem wymagana jest czystość, a po nim bezwzględna wierność. W przypadku złamania tych zasad, kobietę może spotkać usankcjonowana przez tradycję kara ze strony mężczyzny.  Od czasu odzyskania niepodległości  ruch kobiecy w Algerii odniósł pewne sukcesy i w rezultacie pozycja kobiet jest nieco lepsza niż w sąsiednich krajach, takich jak Tunezja czy Maroko. Okazuje się,że mają taki sam dostęp do edukacji i rynku pracy jak mężczyźni. Algierczycy bardzo są dumni ze swojej niezależności i mają odmienne podejście do kobiecego stroju, większość kobiet na ulicy przybiera tradycyjną formę stroju jednak bardziej ze względów praktycznych aby nie być narażonym na zaczepki obcych mężczyzn czy komentarzy rodzinnych, wiele też ubiera się na styl zachodni z zachowaniem jakiegoś jednego elementu tradycji np.okrycia głowy. 

Na zdjęciu możecie zobaczyć dziewczynę w tradycyjnym ślubnym stroju, nawet obyczaje weselne bywają już bardziej zmienione, jak podaje stara tradycja narzeczeni mogą spotykać się i odwiedzać w swoich rodzinnych domach dopiero po oficjalnych zaręczynach. Na przyjęciu ślubnym goście pozostają do momentu, w którym młoda para uda się w odosobnienie, by skonsumować małżeństwo. Następnie publicznie pokazuje się zakrwawioną bieliznę panny młodej lub prześcieradło, co ma być dowodem na jej czystość. Dzisiaj ten zwyczaj wydaje się już nieco naciągany i nierespektowany zwłaszcza przez młodych i wykształconych Algierczyków, tradycje bardziej utrzymywane są w kwestiach obrzędów i stroju oraz tańca chociaż i ten ostatni element zaczyna być zmieniany.

Cytując Assia Mehdeb etnografa w dziedzinie folkloru Algierii

In Algeria, especially in the west, both men and women dance. We say ‘women dance and men play’ because the male dance is a ritual training for battle. It’s inspired by war games dating back to Algerian resistance against invaders.



Muzyka w Algierii

 Dzisiaj dla obserwatorów z zewnątrz głównie „rai” – gatunek (a zwłaszcza jego popowa wersja), który zyskał dużą popularność we Francji, Hiszpanii i innych krajach europejskich. Przez wieki algierska muzyka ludowa pozostawała pod wpływem brzmienia andaluzyjskiego oraz, w nieco mniejszym stopniu, ottomańskiego. Popularny typ utworu to „nuuba”, długa suita.

Literatura,mądrość ludowa 

Wsród mieszkańców tego kraju można wyróżnić kilku znanych pisarzy :

* Mohammed Dib

* Assia Djebar

* Tahar Djaout

* Mouloud Feraoun

* Yasmina Khadra

Algierskie przysłowia są znane na całym świecie nawet my Polacy znamy niektóre z nich w trochę innej parafrazie.

Jeśli chcesz, żeby przedmiot był solidny, wykonaj go z własnej gliny.

Tylko muł odrzuca swoje pochodzenie.

Inteligentny wróg jest lepszy niż głupi przyjaciel.

Kuj żelazo, póki gorące.
Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Algierskie rozdanie czyli loteria w Storylandzie 

Dawno nie było u mnie konkursu dlatego zapraszam Was do udziału w losowaniu algierskiej widokówek plus dwóch dodatkowych trzech pocztówek niespodzianek.

1. Zasady loterii – mój wybór 

W konkursie mogą wziąć udział wszystkie osoby,które w komentarzu wpiszą cyfry pocztówek z algierskiej kolekcji,które najbardziej przypadły Wam do gustu. Mogą to być tylko 2 numery. Całą kolekcję prezentuję na dole posta.

2. Zasady loterii – mój numerek 

Po dokonaniu wyboru we własnym komentarzu dopiszcie sobie numer kolejny jaki Wam przypada.

3. Zasady loterii – rozstrzygnięcie konkursu 

Zwycięzca zostanie wytypowany drogą losową i ogłoszony na łamach mojego bloga.

Data zakończenia konkursu to piątek 17 czerwca 2016 o godzinie 20.00 mojego czasu lokalnego. 
A OTO MOJE KARTKI GOTOWE DO LOTERII- ZAPRASZAM I POWODZENIA 💕📮❤️😀



Majówka czyli nieco inne podsumowanie ubiegłego miesiąca 

Mamy już czerwiec ale zamiast robić podsumowanie opowiem nieco o moim minionym miesiącu. Tradycyjnie w Anglii zakończony jest długim weekendem. Tutaj wszyscy się śmieją się iż na długi weekend nie ma co planować bo na 100% będzie padał deszcz. W maju udało mi się nareszcie rozpocząć nasze wędrowanie,co roku wybieramy trasę i zwyczajnie idziemy w teren, tak najlepiej można zwiedzić Anglię a do tego odkryć jakieś cuda nie zapisane w żadnym przewodniku. Oczywiście będąc zapaloną zbieraczką pocztówek kocham poznawać nowe miejsca,zgłębiać historię i przy okazji zaopatrzyć się w nowe pocztówki na wymianę. 

Majowe długie weekendy 

Nareszcie mogliśmy ucieszyć się piękną pogodą,maj to jeden z moich ulubionych miesiąców,wszystko wręcz kipi od kwiatów i zapachów. Ten rok nieco ociąga się z konkretnym przywitaniem wiosny i lata w Anglii, dlatego każdy promyk słońca przyciąga czy to na plaże czy do lasu,parki zaludniają się tłumnie i nawet centa handlowe nie cieszą się takim powodzeniem jak ogródki pubów w słoneczny dzień.

 Nasz maj rozpoczęliśmy od wycieczki w dolinę rzeki Test. Rzeka wije się w południowo wschodniej części Anglii w hrabstwie Hampshire, nasza wycieczka prowadziła trasą wiodącą przez dolinę rzeki Test. Dzisiaj obszar ten jest objęty ochroną ze względu na swoje walory środowiska naturalnego,bogactwo flory i fauny przyciąga przyrodników,zwykłych spacerowiczów czy ludzi kochających spędzanie wolnego czasu na łonie natury.

Musicie wiedzieć iż cała Anglia to jedna wielka pajęczyna ścieżek i szlaków gotowych do eksplorowania, nie są one jednak oznaczane kolorami jak w Polsce,ścieżki znajdują się na mapach ale można je rownież eksplorować przez nowoczesne gps do turystyki pieszej,ważne jednak aby wiedzieć jak to ustrojstwo opanować a to już działka mojego pana męża, który kocha takie gadżety a ja cieszę się iż dzięki temu sprawie mu troszkę frajdy a przy okazji wyciągnę z domu.

Hampshire to przede wszystkim urocze wioski, w których kryją się takie cuda. To chyba najbardziej typowy obraz tradycyjnej,angielskiej wsi. Domy budowane z naturalnych surowców i kryte strzechą. Ten zauważyliśmy przy naszej drodze,nie mogliśmy przejść obojętnie. 

Kocham maj za te cudownie kwitnące drzewa i jaśniejące żółcią pola rzepaku,takiego widoku rownież nie zabrakło w czasie naszej wyprawy. Nasza ścieżka nawet na początku wydawała nam się dość monotonna,zwykła wiejska droga,nieco pod górkę i prażące słońce. Trzeba jednak dojść do celu i oto naszym oczom ukazały się piękne wzgórza jaśniejące złotem rzepaku do tego żywego ducha, zauważyliśmy krążące w oddali cienie myszołowów.

Nie zabrakło też nieoczekiwanych spotkań, po drodze spłoszyliśmy spore stado saren w małym zagajniku,na polanie spotkaliśmy piękne mahoniowe krówki. Sama je tak nazwałam ze względu na ich piękny odcień sierści, było to takie krowie przedszkole czyli mamy z ich maluchami i wierzcie mi powiedzenie „robisz cielęce oczy” nie jest przekłamane – cudownie niewinne spojrzenie zaopatrzone w firankę rzęs.



Przerwa obiadowa

Jak się idzie na pieszą wycieczkę to warto pomysleć o suchym prowiancie bo wyrabiane kilometry lub po angielsku mile dadzą o sobie znać. Czasem zdarzyć się może iż na swojej drodze spotkamy jakiś przydrożny pub, ślady dawnej pielgrzymiej tawerny, tak było i z nami, nie mogliśmy więc sobie odmówić dobrego i domowego posiłku. W moim przypadku nie przeszłam obojętnie obok cieplej bagietki z kawałkami baraniny i warzywami a do tego szklanka wybornego cidra. 

Maj już za nami wzbogacający nasze wrażenia widokiem kwitnących ogrodów,roześmianych dzieci w parkach miejskich czy na plażach. Anglia tęskni za słońcem i każdy jego uśmiech wita z entuzjazmem,piszę do Was u schyłku pierwszego czerwcowego weekendu,tym razem pogoda też mnie nie zawiodła i za mną kolejna wyprawa o której napiszę niebawem. 

Na koniec jeszcze mały kolaż majowych wspomnień i witaj czerwcowy długi wieczorze i ciepły jeszcze w rosie zanurzony poranku…mam nadzieję.

Tam gdzie rosną najstarsze drzewa świata (Algieria,part 2)

Dzisiaj wracamy do rozpoczętego do mnie już w tamtym tygodniu wątku opowieści o Algierii, jeśli ktoś jeszcze nie czytał to zapraszam do opowieści o Hipponie mieście św.Augustyna- TUTAJ 

Algieria to wspaniały kraj jeśli chcemy odkryć zamierzchłe czasy cywilizacji ludzkiej. Kolejne pocztówki przybyły do mnie z Tasili.

Tasili Wan Ahdżar to pasmo górskie na Saharze położone w południowo wschodniej Algierii o długości około 500 km, z najwyższym szczytem Adrar Afao 2158 m n.p.m. w masywie Adrar. Najbliższym miastem jest Dżanat położony około 10 kilometrów na południowy zachód od gór.


To bardzo szczególne dzisiaj miejsce ze względu na unikatowość ekosystemu oraz ze względu na to iż na tym terenie występuje endemiczna odmiana cyprysa saharyjskiego. Od 1982 roku park wpisany jest na listę światowego dziedzictwa ludzkości, a od 1986 roku na listę rezerwatów biosfery UNESCO.

CO MOŻNA ZOBACZYĆ W TASILI ? 

Najsarsze drzewa świata – jak opisują przewodniki droga do Tamrit prowadzi przez dolinę leciwych cyprysów. Są to najstarsze drzewa na świecie, wiek ich określany jest na 4700 lat. Znaleźć je można tylko w jednym miejscu na ziemi — na pograniczu Libii i Algierii, w dolinie Tassili n` Adżer, na szlaku Ghat – Dżanet. Istnieje około 70-ciu okazów, są one spokrewnione z cyprysami śródziemnomorskimi, obwód ich sięga od kilku do kilkunastu metrów. Drzewo jest bardzo twarde.Nasiona ich próbowano wysiać w Algierze i w Montpellier we Francji, uzyskano dobry efekt – wyhodowano młode egzemplarze. Cyprysy w Algierii są powykręcane przez czas o długich, splątanych korzeniach, są zielone, na ziemi leżą liczne, małe szyszeczki. Dolina o wydłużonym kształcie otoczona skałami musiała być kiedyś uroczym zakątkiem gdy cała była porośnięta cyprysowym gajem.

Malowidła skalne – W obszarze pasma odkryto prehistoryczne malowidła naskalne i inne stanowiska archeologiczne z okresu neolitu, kiedy panował tu jeszcze wilgotniejszy klimat i góry znajdowały się na terenie sawanny, a nie pustyni. Malowidła przedstawiają stada bydła, duże dzikie zwierzęta (m. in. krokodyle) i ludzi przy polowaniu i w tańcu. Na ślad tych malowideł i rzeźb trafił francuski podróżnik i etnolog Henri Lhote. 

Pustynia i jej mieszkańcy – Ludzie Pustyni – jak często określa się Tuaregów – posługują się kilkunastoma (a być może nawet kilkudziesięcioma) dialektami języka Tamaszek, na który wywierały wpływ sąsiednie języki – tak arabski na południu, jak i rodzime afrykańskie na południu. Naukowcy nie są nawet pewni skąd wzięła się sama nazwa Tuareg, jaką określają ten naród okoliczne ludy. Tuaregowie bowiem sami na siebie mówią Kel Tamaszek (ci, którzy mówią w języku Tamaszek) lub po prostu Imaszaghen – Wolni Ludzie.Nikt też dokładnie nie wie ilu jest Tuaregów. Dane są bardzo rozbieżne i szacują ich liczbę pomiędzy niecały milion a… 3,5 mln. Skąd tak duża dysproporcja?  Tuaregowie to ludzie pustyni, prowadzący koczowniczy tryb życia, którzy za nic mają wszelką władzę państwową, podziały terytorialne a idei spisu powszechnego nawet nie potrafią sobie wyobrazić. Po co zresztą mieli by się liczyć, skoro każdy z nich wie do jakiego przynależy rodu, i gdzie rozsiana jest jego rodzina. Pewnym jest natomiast to, że największa ich liczba żyje na terytorium Nigru oraz Mali. Duże skupiska występuję także w sąsiednich krajach – Burkinie Faso, Libii, Algierii, a nawet Mauretanii, Nigerii, Czadzie, Tunezji i w Senegalu. Tradycyjnym zajęciem Tuaregów od zawsze była hodowla wielbłądów. Zwierzęta zapewniały im mleko, mięso i skóry, a przede wszystkim umożliwiały przemieszczanie się po pustynnych bezdrożach. Dlatego też Tuaregowie od zawsze byli jednymi z najlepszych przewodników kupieckich karawan ciągnących przez Saharę z cennymi towarami. Z czasem jednak cześć z nich porzuciła nomadyczny tryb życia, zajmując się rolnictwem bądź rzemiosłem, którego nauczyli się od Arabów. Z kontaktów z Arabami Tuaregowie przejęli jeszcze jedno – religię. Islam w ich wydaniu różni się jednak zasadniczo od tego, który jest wyznawany w krajach półwyspu Arabskiego. Składa się na to m.in. fakt, że przetrwało wśród nich bardzo wiele tradycji i zwyczajów kultywowanych przed przybyciem muzułmanów. Zaskakuje przede wszystkim bardzo wysoka pozycja kobiety w lokalnych społecznościach. Tuaregowie są wręcz przykładem matrylinearnego społeczeństwa – genealogia rodów liczona jest tu nie po mieczu, a po kądzieli, a rodzima żony jest ważniejsza, niż męża. Nie znaczy to jednak, że panuje wśród nich matriarchat – mężczyzna zdecydowanie pełni dominującą rolę w rodzinie. Tuareżki – w przeciwieństwie do wielu muzułmanek – nie zasłaniają swoich twarzy ani włosów. Zasłony na twarzy noszą za to mężczyźni (nie ma w tym żadnej ideologii – jest to zasłona przed piaskiem, bardzo pomocna podczas pustynnych wędrówek). Czasami są to oddzielne chusty, ale częściej zakończenie turbana, który wraz długą, przewiewną szatą tworzą tradycyjny strój zwany tgelmust. Jak widzicie na moich kartkach możecie dostrzec wioski Tuaregów, dzisiaj często są zatrudniani przez biura podróży w charakterze przewodników po pustyni.

Wielu ludi uważa, że ich tradycyjnym kolorem jest niebieski. Faktycznie, wielu Tuaregów nosi niebieskie tagelmusty, ale bardzo często można spotkać ubrania w innych kolorach. Stereotyp jednak przetrwał i do dzisiaj określani są mianem Niebieskich Ludzi. Nie chodzi tu tylko o barwę ubrania, ale o fakt, że niebieski kolor szat uzyskiwano dzięki indygo – naturalnemu, niebieskiemu barwnikowi, który w trakcie użytkowania odbarwiał się na skórze właściciela.

Fot.fotografwpodrozy.pl

Im więcej czytam o Algierii tym większej nabieram ochoty aby zobaczyć kiedyś ten niezwykły kraj. Za tydzień kolejne spotkanie z algierskimi skarbami a na koniec coś do pooglądania. Mam nadzieję,że macie udany weekend. 

Do zobaczenia 😀🌞

Śląskie Davos

Dzisiaj wybieramy się w podróż do ojczyzny i do tego bardziej w moje rodzinne strony a to za sprawą mojej korespondencyjnej przyjaciółki, napisała do mnie ostatnio list, w którym jak to zazwyczaj robi,wysłała mi kilka pocztówek. Nie mogę nie napisać o jednej z nich, to piękne zdjęcie Gór Suchych zrobione przez dość znanego już w internetowym świecie fotografa Marcina Jagiellowicza.
Dodam jeszcze iż Góry Suche to pasmo górskie położone w Sudetach Środkowych w południowo zachodniej części Polski. To dość zróżnicowane pod względem wzniesień pasmo, warto jednak pamietać iż przez niektórych nazywane jest małymi Alpami ze względu dość duże różnice wzniesień, ponadto malowniczość tego terenu naprawdę potrafi zachwycić. 

Przytoczę jeszcze Wikipedię i opis samych Gór Suchych: 

Jest to najwyższe, największe i najbardziej zróżnicowane pasmo górskie, południowo-wschodniej części Gór Kamiennych ułożone w kształcie asymetrycznego rogala o długości do 35 km i szerokości – do ponad 8 km, z końcami opadającymi na południe. Najwyższym wzniesieniem jest Waligóra (934-936 m n.p.m.) wznoszący się ponad Przełęczą Trzech Dolin. Ku południowemu wschodowi Góry Suche stają się coraz niższe i węższe, ograniczając się w do jednego grzbietu, stopniowo opadają do doliny Włodzicy, gdzie mają zaledwie 3 km szerokości. Przez partie szczytowe gór przechodzi granica państwowa Polski i Czech, od której południowe i południowo-zachodnie stoki opadają na terytorium Czech. Góry Suche po stronie czeskiej nazywają się Javoří Hory, a najwyższym szczytem tej części gór, a także najwyższą górą w powiecie Náchod jest Ruprechtický Špičák (880 m n.p.m.). Na szczycie znajduje się wieża stalowa, z której podziwiać można piękno Kotliny Broumovskiej, Broumowskie Ściany, Góry Stołowe, Karkonosze. Na obszarze najwyższych partii Gór Suchych rozciąga się teren Parku Krajobrazowego Sudety Wałbrzyskie.

Moje wędrówki po Górach Suchych 

Jeszcze będąc w Polsce uwielbiałam piesze wycieczki, właściwie nie było weekendu abyśmy nie wybrali się z przyjaciółmi na większą lub mniejszą wędrówkę górską, mieszkając na Dolnym Śląsku nigdy nie mogłam się nudzić. To olbrzymi teren i zawsze znalazło się jakieś ciekawe miejsce do zobaczenia, szlak do przejścia.Nie pamietam dokładnie kto wpadł na pomysł wybrania się w Góry Suche, o jakże zadziwiły mnie wtedy te góry, tak blisko a tak stromo. Mam wiele dobrych wspomnień, cudowna zieleń lata,całe łany różowych naparstnic porastających zbocza i ten widok na wieś Sokołowsko – bezcenne.  Co ciekawe jeśli zdecydujecie się wybrać kiedyś na szlak Gór Suchych zróbcie sobie poprzednio solidną zaprawę bo góry te potrafią zmęczyć niejednego „wyjadacza „górskich wycieczek, nie jest łatwo pokonywać strome podejścia tych wbrew pozorom niewysokich górek. 

fot.mountainsclose2heart.com

Sokołowsko

Nareszcie doszłam do sedna dzisiejszego tematu, wszyscy którzy wybierają się na wędrówkę w Góry Suche wiedzą iż warto przy okazji zobaczyć przepięknie położoną w tych górach wieś Sokołowsko. Pogrzebałam w moim polskim albumie i odgrzebałam kilka pocztówek z Sokołowska. Ktoś pomyśli ,jakim cudem wioska ma kilka widokówek ? 

Tutaj Was zaskoczę bo Sokołowsko to nie jest zwykła wieś. Możliwe iż miejscowość została założona przez benedyktynów z klasztoru w czeskim Bromowie, pózniej w XVI wieku wieś przeszła w ręce hrabiego Hochberga ( założyciela zamku Ksiaż), podobnie jak inne jego posiadłości rozwijała się i nagle nastąpił wielki przełom w 1849 roku  kiedy na wypoczynek zajechała tu hr. von Colomb. Zachwycona lokalnym krajobrazem namówiła swojego szwagra dra Hermanna Brehmera na utworzenie uzdrowiska leczącego metodą hydroterapii Vincenta Priessnitza. W 1855 r. we wsi zostało uruchomione pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików, w którym zastosowano nowatorską metodę leczenia klimatyczno-dietetycznego. Na jego wzór został stworzony ośrodek leczenia gruźlicy w Davos. W późniejszym czasie Görbersdorf zyskał miano „śląskiego Davos”, chociaż to Davos powinno nazywać się „szwajcarskim Görbersdorfem (Sokołowskiem)”. Bliskim współpracownikiem Brehmera stał się Alfred Sokołowski. Uzdrowisko nie należało do tanich, lecz było dobrze zagospodarowane. Już przed rokiem 1888 posiadało pocztę i połączenia telefoniczne.

Oto pocztówki, które kupiłam kiedyś w samym Sokołowsku , jak widać ono wciąż oddycha dawnym swoim czasem chwały.

Po kapitulacji Niemiec wioska przeszła w ręce armii radzieckiej a pózniej polskich władz, niemieccy mieszkańcy zostali wysiedleni do Niemiec a dawna nazwa została zastąpiona nową Sokołowsko dla uczczenia zasług prof. Alfreda Sokołowskiego. Warto też zwrócić uwagę na piękny budynek przypominający zamek jakby żywcem przeniesiony z baśni Braci Grimm,przez miejscowych nazywany „Zamkiem” to dawne sanatorium dr Brehmera, w czasach PRL nazywane rownież Grunwaldem.

Czasy obecne i przyszłość 

Niestety czasy powojenne nie były dla uzdrowiska łaskawe,coraz bardziej popadało w zapomnienie,podjęto próby zrobienia z niego miejscowości wypoczynkowej z naciskiem na rekreację i sporty zimowe. Niestety z marnym skutkiem, przynajmniej wyznaczone trasy narciarstwa biegowego pozostały i teraz przezywają prawdziwy renesans. Zabytkowe budynki i park miejski coraz bardziej ulegały zniszczeniu,pamietam moje wizyty w Sokołowsku w latach dzieciństwa, już wtedy zachwycały mnie małe mostki na rzece,ciekawe freski na frontach domów. W latach poźniejszych zasmucały mnie powybijane okna,budynki ponure i zapomniane przez wszystkich. A przecież to miejsce kiedyś tętniło życiem?! 

Aktualny obraz budynków sanatoryjnych


Bardzo bym chciała żeby zapomniane przez ludzi Sokołowsko mogło jeszcze kiedyś rozwinąć skrzydła , okazuje się iż ta miejscowość od zawsze fascynowała artystów. Trudno się dziwić piękno gór zachwyciło już niejednego. W czasach młodości mieszkał tutaj nawet Krzysztof Kieślowski. We wsi przypominają o tym fakcie dwie tablice pamiątkowe, w tym na domu, w którym mieszkał. W Sokołowsku, od 2011 roku, odbywa się cykliczny festiwal filmowy – „Hommage à Kieślowski”,  poświęcony twórczości i osobie reżysera. Organizatorem Festiwalu jest Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ. W 2007 r. dawne Sanatorium Brehmera zmieniło właściciela. Od tego czasu Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ odbudowuje, spalony w 2005 r. obiekt, tworząc w tym miejscu Międzynarodowe Laboratorium Kultury wraz z Archiwum twórczości Krzysztofa Kieślowskiego.

Oto kilka zdjeć z dzisiejszego Sokołowska, możecie zobaczyć remontowany budynek sanatorium dr Brehmera,pięknie odrestaurowaną bibliotekę i figury z parku zdrojowego.

Dla zainteresowanych wycieczkami górskimi w okolicach Sokołowska i zwyczajnie chcących zobaczyć Góry Suche zachęcam do zaglądniecia na bloga W cieniu autor nie tylko ciekawie opowiada ale i prezentuje zdjęcia ze swojej wyprawy. 

Link do strony związanej z odbudową uzdrowiska znajdziecie TUTAJ, prócz obecnych projektów znajdziecie tam rownież stare fotografie i informacje o postępie prac renowacyjnych.

Pozdrawiam majowo 😎🌞

Miasto świetego Augustyna (Algieria part 1)

Już jakiś czas temu chwaliłam się na blogu sporą przesyłką z Algierii. Moja wymiana pocztówkowa zaowocowała dość pokaźną liczbą kartek z tego niezwykłego kraju. U nas ten weekend mija dość deszczowo, wczoraj robiliśmy z mężem porządki w sypialni, remont szafy, segregacja rzeczy zimowych i letnich. Końca nie było widać a dzisiaj cały dzień niezłe ulewy, tak wiec gotuję,oglądam lub coś czytam i tak w kółko. Postanowiłam też nareszcie skatalogować algierskie kartki, tak więc uraczę Was dziś nieco arabskimi klimatami. 

Algieria – tym czas się zatrzymał 

Algieria oto nowe państwo na mojej mapie pocztówkowych podróży, niesamowity ląd gdzie można wciąż jeszcze znaleźć starożytne ruiny rzymskie, zagubione oazy wsród wydm czy malownicze pustynne osady zwane ksarami. Algieria to kraj, który jeszcze niedawno zmagał się z problemem wojny domowej, od wielu lat nie może dojść do porozumienia z Marokiem a granicząca z nim Libia jeszcze bardziej odstrasza turystów. Wiele osób odwiedzających ten naprawdę wielki kraj jest zdziwiona ich brakiem, bo ma tak wiele do zaoferowania. Wspaniałe plaże Morza Śródziemnego, piaski pustyni i góry. 
Annaba i jej historie

Jako iż dostałam dość sporą ilość pocztówek, postanowiłam podzielić post o Algierii na kilka części,w każdej z nich przeniesiemy się do innego miejsca. Dzisiaj rozpocznę od Annaby miasta położonego w północno wschodniej części państwa,usytuowanej u wybrzeży Morza Śródziemnego. To ważny port i miasto przemysłowe,ma też i piękne plaże jest wiec i ośrodkiem wypoczynkowym dla wielu Algierczyków. 

Pozostałe widokówki z Annaby pokazują jak wielki wpływ na wygląd miast miała Francja, objęła państwo w swoje posiadanie w czasach odkryć geograficznych i okupowała Algierię w ramach swojej prowincji aż do 1962 roku. Nie można oprzeć się wrażeniu iż kąpieliska Algierii wyglądają jak miasteczka z Lazurowego Wybrzeża.

Budynek teatru

Starożytne oblicze Annaby 

Starożytna Hippona, a dzisiejsza Annaba, jest szczególnie związana z żywotem świetego Augustyna. W latach 396–430 sprawował tu funkcję biskupa i dokonał swego żywota podczas oblężenia miasta przez wojska Wandalów. Czasy świętego pamiętają okazałe ruiny forum i term. W Annabie trzeba też odwiedzić bazylikę św. Augustyna i meczet Said Abu Marwan z 1035 r. oraz przejść się krętymi uliczkami tutejszej kazby.

Zachwyciły mnie zdjęcia ze starożytnej Hippony, może będę sentymentalna ale ich widok przypomniał mi mój spacer po Pompejach. Chyba nigdy nie odczuwałam tak wielkiego wzruszenia po spotkaniu z historią ludzkości, świadomość iż kroczysz ścieżkami starożytnych wręcz mnie zatykała. Tutaj znowu toczy się historia chrześcijaństwa,wszak myśli świetego Augustyna kształtują nie tylko nurty teologii ale są tak uniwersalne iż dla każdego mogą być wskazówką w życiu. 
Trochę zdjeć i myśli 

Na koniec trochę fotografii z tego niezwykłego miejsca i myśli sławnego myśliciela.

Czy dlatego coś jest piękne, że się podoba, czy się podoba, że jest piękne?

Miłość porusza się na dwóch nogach: jedną z nich jest miłość do Boga, drugą do ludzi. Rób wszystko, żebyś nie kuśtykał, ale biegnij na obu, aż do samego Boga.

O tyle stajesz się z dnia na dzień piękniejszy, o ile wzrasta w tobie miłość. Bo miłość jest ozdobą duszy, jest jej pięknem.

Tym to optymistycznym akcentem kończę pierwszy post o Algierii, zapraszam na kolejny w następny poniedziałek, podpowiem jeszcze iż na zakończenie zaproszę Was do krótkiej loterii będę miała bowiem dla Was trzy ekstra karteczki w prezencie. W małym losowaniu dowiemy się dokąd powędrują wraz z małym, brytyjskim akcentem ode mnie.

To jednak po całym cyklu. 

Pozdrawiam serdecznie 😎😀🌞