E jak Esencja angielskości ( Alfabet Emigranta, #6 )

Ciekawa jestem czy ktoś jeszcze pamięta stare podręczniki do języka angielskiego? Takie, które mało miały w sobie kolorów i raczej przeważały w nich ciemne literki i czarno- białe rysunki. Te ksiażki nie były sprowadzane z Wielkiej Brytanii czy innego anglojęzycznego państwa, często wydawane przez nasze rodzime wydawnictwa były sztywne i schematyczne.

Jak wyglądał świat angielski z takich podręczników?

Rodzina / The Family – mama,tata i córka bądź syn / mother, father, son, doughter – oczywiście nosili sztandarowe nazwisko Smith lub Brown, tata najczęściej był dziennikarzem / a journalist a mama pracowała jako nauczycielka / a teacher   lub sekretarka w biurze / in the office.

Dzieci /the children oczywiście chodziły do swojej poważnej szkoły/ school , w swoich szkolnych mundurkach. Czasami zdarzało się im wyjechać na wakacje / holiday  i wtedy pakowali swoje wielkie walizki / luggages i jechali nad morze.

Uwielbiali rozmawiać o wszystkim i o niczym i oczywiście wciaż na nowo się pozdrawiali / How are you? Bywały i dnie gdy Pani Brown czy Smith spotykały swoje koleżanki, sąsiadki / friends and neighbours  i udawały się do nich na popołudniową herbatkę / a tea – obowiązkowa godzina to piąta po południu/ five o’clock

Dzieci w ramach szkoły zabierały nas na wycieczkę do Londynu / trip to the London i tutaj mogliśmy zobaczyć kroczących po ulicach policjantów / a policeman w swoich mundurach,pałac królowej/ a castle i stojących przed nim gwardzistów a gdyby okazało się iż mamy wrócić do domu później to trzeba było obowiązkowo skorzystać z budki telefonicznej/ a telephone booth

Wycieczka do Londynu nie była zresztą taka urocza bo oczywiście w Anglii istnieje tylko jedna pora roku, mianowicie deszcz i deszcz i deszcz…/ It’s raining again! a widok poważnego i eleganckiego dżentelmena / the English gentleman z parasolem  / an umbrella )w ręku nie dziwi nikogo.

Moja esencja angielskości – czyli kontakt na żywo

Te wszystkie elementy, o których pisałam powyżej to obraz jaki nosiłam w sercu od małego i z takim obrazem pojawiłam się w wielkiej Brytanii w 2006 roku i jak się szybko okazało kurtyna spadła bardzo szybko a te esencjalne obrazy, niemal ikony angielskiej rzeczywistości zostały tylko na wyblakłych stronach starego podręcznika.

Szybko okazało się iż moje otoczenie to fakt bardzo dużo rodzin, jednak większość z nich to bardzo młode matki ( wręcz dziwił mnie fakt iż tak wiele dziewczyn w wieku 17,18 lat mają za sobą już pierwszą ciążę i dziecko, ja będąc w ich wieku wcale o tym nie myślałam) i ich gromada dzieci. Jakoś nie mogłam zauważyć typowo wzorcowej żony, męża i dzieci. Dzieci oczywiście uczęszczały do szkoły i tutaj faktycznie nie uszło mojej uwagi iż te osławione mundurki naprawdę istanieją, szybko jednak zorientowałam się iż bardzo rygorystyczne w dyscyplinie i z wielkimi tradycjami szkoły to te, za które trzeba w Anglii zapłacić sporo pieniędzy, mówiąc krótko placówki prywatne. Wakacje też istnieją i to dość często, wszystko przez inny układ w ciągu roku, zamiast dwóch semestrów są trzy a przerwy są częstsze w ciągu roku, tak więc angielskie wakacje trwaja 1 miesiąc i pare tygodni a nie jak polskie- 2 miesiące. Brytyjczycy kochają odpoczywać i jako iż ubolewają na ciągły niedosyt słońca (jak co roku mają nadzieję na upalne lato ), dlatego wsiadają w swoje karawany, samochody, samoloty i jadą na wakacje, najlepiej w ciepłe kraje i oczywiście czują się tam jak u siebie w domu ( czytaj: wszystko musi być pod angielską modłę, nuda,nuda …)

Co do pozdrowień to na samym początku mojego pobytu zupełnie nie rozumiałam ich znaczenia, dla nich to nic nie znaczące pozdrowienie, grzecznościowe hello, natomiast ja biedna niczego nie świadoma zastanawiałam się – Co oni u licha ode mnie chcą, ile razy w ciągu dnia i nocy można mnie pytać o samopoczucie?!

Brytyjczycy są dumni ze swojej herbaty i muszę przyznać z racji ich postkolonialnych kontaktów Wielka Brytania słynie z naprawdę wyśmienitej jakością herbaty, jest naprawdę wyśmienita i nigdy nie pażona o 5 po południu. Może kiedyś w czasach arystokracji istaniały pewne rytuały, dzisiaj raczej każdy zadawala się własnym czasem na tzw. cuppa  Natomiast wielkie miasta opanowały wielkie komercyjne kawiarnie, gdzie sączy się raczej kawę z dodatkami niż herbatę.

Na koniec jeszcze o angielskim wizerunku dżentelmena– muszę przyznać iż odkąd mieszkam w UK, nie udało mi się jeszcze zobaczyć takiego „obiektu” a parasol jest szczególnie potrzebny w każdej damskiej torebce zwłaszcza wiosną, bo pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. W dobie telefonów komórkowych mało też osób korzysta z budek telefonicznych, pewnie niedługo będziemy je wiedzieć tylko w muzeach lub kawiarniach jako element dekoracji. Jak ktoś chce odwiedzić Wielką Brytanię nie może zapomnieć o tym iż zdjęcie przy budce telefonicznej jest OBOWIĄZKOWE! 🙂

Pozdrawiam i zapraszam na kolejny post w ramach projektu Alfabet Emigracji

ALFABET EMIGRANTA W STORYLANDZIE
A B C Ć D

ZAJRZYJCIE TEŻ DO INNYCH BLOGERÓW:

E jak emigracja / Kropka za oceanem

E jak edukacja / Anna Maria Boland po polsku

E for el fenix / Alexandra,Gone to Texas

E jak ebook / Anna,Zaczynam od początku

E jak etapy życia na emigracji / Jagoda,Observatore

E jak edukacja Karolina, C’est la vie

E jak elegia / Dorota Dee, Niepoprawne zapiski Dee