Londyńskie strefy

Jak już się niektórzy wcześniej zorientowali po mojej wzmiance o urodzinach królowej, przytrafiło mi się na chwilę przebywać w Londynie.
Znam takich co wręcz z lubością każdą, wolną chwilę lubią spędzić w stolicy UK. Nie wspominam tutaj o przyjezdnych ale bardziej o tubylcach .
Ja raczej nie należę do tej grupy, marny ze mnie mieszczuch. Latem to mam większą przyjemność w wąchaniu kwiatków i chodzeniu boso po trawie, zima to dobra książka i ulubiony kubek z dobrą herbatą.
Czasem jednak trzeba odwiedzić progi wielkiego miasta.

Poranek w Londynie

Tak więc oto jestem, weekend w tym mieście przede mną, ja, mój mąż z dwójką naszych przyjaciół zawitaliśmy w jednej z najbogatszych stolic świata.
Nie będę pisać tutaj o tym co warto zobaczyć w tym mieście bo informację o tym znajdziecie w tysiącu innych przewodnikach, poradnikach, blogach podróżniczych itp.
Bardziej skupię się na moim subiektywnym poglądzie, własnych wrażeniach.
Pierwsze co mnie uderzyło w blasku budzącego się miasta to ilość biegaczy różnej maści i koloru. Nie do końca poważnie o tym piszę ale miasto biegnie i większość ludzi tutaj biegnie, każdy na swój własny sposób i w różnym kierunku.
Pisząc konkretniej mam tu na myśli ludzi ubranych w różne modne deresy, trykociki, bluzki większe lub mniejsze, bardziej jaskrawe czy mniej widoczne do tego trzeba dodać buty dla biegaczy takie co od razu przykuwają wzrok lub zwyczajnie nie dają poznać po sobie,że są najważniejszym elementem ekwipunku biegacza. Kobiety i mężczyźni, w słuchawkach i bez, z obowiązkowymi gadżetami mierzącymi tętno, czas,pokazujące drogę, nadającymi tempo. Niektórzy biegną z bidonem, butelką wody, w miarowym truchcie lub szybszym biegu. Każdy ma swój własny cel,biegną ulicami,przebiegają place,przecinają ścieżki parkowe. Oddech miasta stapia się z ich własnym oddechem…trochę trudno wyobrazić mi sobie na ile w tym jest współczesnej mody i narzuconego trendu a na ile prawdziwej potrzeby zdrowego trybu życia. Coś mi to miesza się z miejskimi spalinami i smogiem…

Nie można jeszcze wspomnieć o innych biegaczach, ubranych w eleganckie garnitury, w błyszczących i nienagannie wypastowanych butach. Wersja damska lekko biegnie w pięknych obcasach,często z lekkim obłędem w oku, zasłuchanych w dźwięki dochodzące z ich telefonu komórkowego, tak jakby on odciął ich d otaczającego świata. Biegną do swoich komputerów, ważnych spraw korporacyjnych, pustej rzeczywistości zamkniętej w szklanych domach.

Miasto, które nigdy nie śpi

Oto kolejna moja refleksja, jeśli szukacie miejsca ustronnego na odpoczynek to nie może to być Londyn. Osoby z natury kochające spokój i ciszę są tutaj jak dla mnie z góry wystawione na przegraną, zwalczy je tłum ludzi, nieustanny korek miejski, a jak już będziecie mięli uczucie ,że jesteście zwyczajnie zmęczeni i macie dość to zawsze uratuje was Starbucks lub Costa 😉

Chyba jeszcze nigdy w moim życiu nie widziałam takiego nagromadzenia tego typu ‚wodopojów dla kawoszy’, czai się niemal na każdym zakręcie a jak jeszcze wykorzystamy mapkę z aplikacji tego lokalu to wręcz zielono nam się zrobi przed oczami…

Ja sama nie narzekam na kawiarenki, uwielbiam zapach i smak bursztynowego napoju- kawoszem jestem z zamiłowania, kofeina jakoś nie działa na mnie specjalnie, za to zapach i wspomnienie smaku pobudza przyjemnie zmysły- a może to jest właśnie uzależnienie?! Tak, czy siak i ja dziarsko przemierzałam ulice londyńskie z kubkiem kawusi w ręku, spozierałam na szczyty wieżowców w City i zastanawiałam się ile średnio kaw wypija taki pracownik rasowej maści korporacyjnej.

Wszystkiego po trochu a i tak czasu braknie

Wydawało mi się,że przez weekend będę mogła zobaczyć najważniejsze rzeczy i pewnie starczy mi czasu na zaliczenie kilku muzeów, nic bardziej mylnego.

Londyn to miasto ogrom i na każdym jego rogu czai się coś godnego uwagi, podejrzewam iż paru lat brakłoby mi do skompletowania pełnego albumu wrażeń.

Od królewskich traktów po prawdziwą ucztę dla miłośników architektury, zabawa nad rzeką i wielkie zakupy z większą lub mniejszą gotówką, cudowne krużganki gotyckich budowli po wspaniałe sale koncertowe. Istny zawrót głowy, do tego kawiarnie, resteuracje, bary, fast foody, bodegi itp,itd…tak mogę wymieniać do rana.

Nie wspominam nawet o miejscach sztandarowych dla Londynu, gdzie każdy turysta ma zapisane na liście – YOU MUST SEE ( London Eye, Parlament,Big Ben,Buckingham Palace)

Przepych i bogactwo

Nie mogłabym tez być sobą gdybym nie wspomniała o przytłaczającej mnie wielkości budowli, rozmach miasta i poziom życia niektórych jego mieszkańców ( tutaj wystarczy zapuścić się nieco w dzielnicę Kensington ) , to prawdziwie wielkie miasto ludzi bardzo bogatych. Nawet mój mąż się śmiał,że takiego zagęszczenia wielkich limuzyn, bardzo bogatych i drogich samochodów w jednym dniu to jeszcze nie widział.

Jestem dziewczyną z prowincji, pochodzę z małego miasteczka i nie bawią mnie wielkie gale, szybkie samochody, ten blichtr i patos jest dla mnie czymś sztucznym i przyglądając się tym domom, ludziom ubranym w stroje szyte na miarę i ich błyszczącym od połysku autom jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu,że kocham Londyn ze zdjęć mojego męża, kocham Londyn widoczny na widokówkach kupionych w małym sklepiku, kocham Londyn z ekranu telewizora.

Kocham Londyn miłością na odległość, wizyty tymczasowe i najlepiej niezbyt częste 🙂

Zdecydowanie wolę moja prowincję na południu Anglii, nie pali mi się być jednym z elementów tego wielkiego tłumu…

Na koniec jeszcze parę zdjęć z tej wyprawy :