Mój pierwszy dzień w Anglii

Dzisiejszy post powstał w ramach wiosennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie,piszemy w nim jak wyglądał nasz pierwszy dzień po wyjeździe z Polski. Każdy ma swoją opowieść.

ZAMIAST PROLOGU 

I oto nadszedł ten dzień … jeszcze jakieś 2 miesiące temu kończyłam moją prace w lokalnej szkole podstawowej. Postanowiłam pożegnać się z moim zgranym już zespołem, koleżankami i przyjaciółmi a przede wszystkim z rodziną i poszukać szczęścia a może bardziej samej siebie gdzie indziej. Szukałam nowej pracy i aplikowałem do dwóch firm, jednocześnie będąc bez odpowiedzi zaczęłam snuć marzenia o wyjeździe . Jedna ze znajomych postanowiła iż pojedziemy obie ot tak, w ciemno do Cork w Irlandii. Ja jednak wolałam mieć coś bardziej pewnego i aplikowałem do kilku firm robiących rekrutacje w Polsce gdy tymczasem praca miałby być na terenie Wielkiej Brytanii. Po kilku etapach rekrutacji zostałam przyjęta – miałam lecieć w październiku – miejsce Southampton .  Muszę przyznać iż w tej mojej radosnej twórczości szukania pracy byłam dość naiwa a może podchodziłam do tego z lekkim sercem, wszystko mogło się zdarzyć. Jeszcze w tydzień przed wyjazdem zadzwonili do mnie z polskiej firmy i zaprosili na rozmowę a ja grzecznie odmówiłam bo bilet miałam już zapłacony. Gdybym zmieniła zdanie pewnie pracowałabym dziś w jakimś wrocławskim corpo ale nie poznałabym mojego męża.

Firma zorganizowała dla mnie wszystko- przelot i odebranie mnie na lotnisku London Stansted do wynajętego dla mnie i dwóch moich współmieszkanek małego lokum w pobliżu naszego zakładu pracy.  Do dziś pamietam datę – 6 października 2006 wraz z moim tatą i naszym sąsiadem wyjechaliśmy na lotnisko w katowickich Pyżowicach. Nawet nie pamiętam co czułam chyba emocje, wielkie podniecenie stępiło mój umysł , mama płakała a tata po prostu pogodził się z faktem,ze jego jedyne dziecko wyjeżdża w świat. Najśmieszniejsze jest to iż nawet specjalnie nie pamietam co czułam gdy weszłam na pokład samolotu, to był mój pierwszy lot w życiu a ja byłam jak w malignie.

JUŻ NA ANGIELSKIEJ ZIEMII

Po przylocie dość szybko przeszłam przez odprawę i chwała Bogu brytyjski celnik nie zadał mi żadnego pytania bo pewnie polegałbym na starcie. W szkole nigdy nie uczyłam się angielskiego i jedyna moja przygoda z tym językiem wcześniej to dwa lata w Empiku na kursie ( nawiasem mówiąc prowadzone przez świetnego nauczyciela ) i moja koleżanka – anglistka, która poświęciła mi nieco swojego prywatnego czasu. Obie te osoby to świetni nauczyciele i pasjonaci językowi, może to i oni nieświadomie zainspirowali mnie do poznania tego języka z nieco innej strony… Jednak był to zbyt krótki czas żeby powiedzieć,że jestem przygotowana językowo, poziom komunikatywny był ok. Gdy jednak ktoś zaczynał do mnie mówić coś więcej poza How are you , zwyczajnie panikowałam bo najzwyczajniej w świecie nie miałam zielonego pojęcia o co chodzi.

Na miejscu okazało się ,że moim samolotem leciało jeszcze kilka innych osób, które jak ja miały podpisane kontrakty i leciały do swojego nowego życia. Przy wyjściu czekał na nas taksówkarz – zapakowałyśmy się do dość obszernego auta i ruszyliśmy w drogę . Początkowo wszyscy rozmawiali, taka krótka wymiana zdań skąd pochodzisz, gdzie mieszkałeś, co robiłeś itp.. Większość z nas to byli jak ja młodzi ludzie po studiach lub nie i mający głowy pełne marzeń i oczekiwań. Anglia przywitała nas jak na Anglię przystało całkiem sporym deszczem i ołowianymi chmurami. Po jakimś czasie nasz taksówkarz też przestał wesołkowato nas zaczepiać  i każdy pogrążył się w swoich myślach.

SOUTHAMPTON I POWITANIE 

Taksówkarz miał adresy każdego z nas, do mojego miasta jechała ze mną jeszcze jedna dziewczyna, nie czułam się już taka zagubiona, było nas już dwie na tym pokładzie. Taksówkarz nieco bardziej ‚ na leniwca ‚ podwoził na wskazany przez firmę adres. W naszym przypadku wiadomo było, że nasze mieszkanie usytuowane jest w małej dolince, nie chciało mu się wjechać w boczną uliczkę i zostawił mnie i koleżankę w strugach deszczu. Cóż mogłyśmy zrobić , każda zgarnęła swoją ważącą 15 kg walizkę i poczłapała w stronę budynku. Na miejscu czekała nas miła niespodzianka , w mieszkaniu czekał na nas szef naszej firmy i babka z HR. Wraz z nimi czekała na nas jeszcze jedna współlokatorka.  Oto w Southampton zawitaliśmy w piątek i przed nami było jeszcze dwa dni wolnego na adaptacje a od poniedziałku miałyśmy zacząć naszą prace. Uderzyła mnie serdeczność gospodarzy, następnego dnia zaświeciło słońce i od razu zdziwiła mnie piękna i jakże ciepła aura o tej porze roku. Przy okazji postanowiłyśmy zwiedzić nieco okolice z mapą w ręku, dziwiło mnie wszystko od dziwnych budynków z wypustkami po dziwne rozwiązania w domach.  Wszystko było takie nowe i niezwykle … Nie mogę też nie napisać o moich współlokatorkach. W naszym malutkim mieszkanku było nas na początku trzy, czułyśmy się nieco jak dziewczyny w akademiku – było wesoło czasem i sentymentalnie, pomagałyśmy sobie ciągnąć ten nasz los na obczyźnie. Były wspólne imprezy, wyjścia na zakupy i oczywiście praca w jednym miejscu. Kiedy po pewnym czasie doszła do nas czwarta dziewczyna nagle okazało się ,że chyba zaczynamy się mieć nawzajem troszkę dość. Dziś wiem,że każda z nas zwyczajnie była już dorosła i chciała mieć swoją strefę, swoje własne miejsce a ile można znosić siebie nawzajem gdy ma się siebie na okrągło 24 h na dobę . Po pół roku skończył się nasz wspólny pobyt, niektóre zostały razem ale ja jak typowa indywidualistka szybko znalazłam sobie pokój w innym miejscu. Nawet nie przypuszczałam,że to pójście na głęboką wodę będzie dla mnie dopiero prawdziwą szkołą przetrwania i najtrudniejszym okresem mojego pobytu w UK.

PODSUMOWUJĄC

Nie mogę oprzeć się wrażeniu iż zdecydowanie na początku w tamtym czasie wszystko w moim życiu związane było z wielką potrzebą zmiany, miałam wiele szczęścia bo weszłam w emigracyjne życie bardzo gładko. Nie czułam się osamotniona co nie oznacza iż nie odczułam samotności będąc z dala od najbliższych. Dopiero praca na nocki dała mi się we znaki, wszystko nabrało innego wyrazu i bycie samą z dala od rodziny i przyjaciół postawiło przede mną pytanie – Czy aby na pewno warto to wszystko dalej ciągnąć ?

Ale to już inna opowieść …
NA ZAKOŃCZENIE

Pierwszy dzień przyniósł tyle wrażeń aż trudno było mi uwierzyć iż o szóstej rano tego samego dnia żegnałam się jeszcze z rodzicami. Do dziś będę miała przed oczami zaniepokojenie w twarzy mojego taty żegnającego mnie na lotnisku. Teraz kładłam się spać w moim nowym pokoju, światła gasły a moja głowa aż puchła od nowych pytań.

Co czeka mnie dnia następnego ?

Jeśli podobał Wam się mój wpis o moim pierwszym dniu na emigracji to odsyłam Was do mojego dawnego wpisu pt. B JAK BAGAŻ ( napisanego w ramach cyklu Alfabet Emigracji) – będzie w nim nieco mowy o mojej walizce zabranej do UK i ogólnie o zabieraniu bagażu na wyjazd do UK

Zainteresowanych pierwszym dniem spędzonym na emigracji moich klubowych znajomych odsyłam do strony Klubu z zakładką PROJEKT WIOSENNY – PIERWSZY DZIEŃ W NOWYM KRAJU