Moje rozważania na temat przyjaźni na emigracji 

Przeczytałam kiedyś w jakiejś mądrej książce iż do pełni szczęścia potrzebne jest człowiekowi : 

– wewnętrzna harmonia ducha 

– szacunek do samego siebie 

– codzienna dawka dobrego śmiechu i dobre słowo przyjaciela 

Chyba każdy z nas może sobie objaśnić na swój własny czy filozofów sposób jak osiągnąć tą pełnie. Dzisiaj nieco dygresyjnie bo mamy początek tygodnia a do moich przemysleń skłoniła mnie niedawna wizyta przyjaciółki z dawnych lat w Polsce. Mieszkam za granicą prawie już 10 lat, dla niektórych to wieczność dla innych mrugnięcie powieką. Tak czy owak,podjęłam kiedyś odważną decyzje aby wyruszyć w świat i zostawiłam za sobą tych wszystkich ludzi co byli ze mną wokół do tej pory. Nigdy nie byłam typem samotnika,może na przekór temu iż zostałam jedynaczką zawsze szukałam towarzyszy zabaw od małego. Nie brakowało ich wcale,nawet w dzieciństwie była nas mała gromada znajomych i pamietam te szczęśliwe lata harców i zabaw w zielonych ogrodach naszych rodziców. Nasz dom nie był też warowną twierdzą, otwarte drzwi dla znajomych i sąsiadów sprawiały iż zawsze ktoś się pojawił,przywitał,przyszedł z interesem,po poradę czy zwyczajnie na pogaduchy. Ludzie w ogóle byli wtedy bardziej towarzyscy, jeszcze na studiach a pózniej w pierwszych latach pracy miałam spore grono znajomych. Pełno było wspólnych wypadów,koncertów,wyjsć do kina,wyjazdów pod namiot czy góry, były też ogniska i śpiewanie przy gitarze. Jakże to współczesne społeczeństwo zubożało. Z tych czasów wyniosłam coś więcej niż wiele wspomnień i wspólnych zdjeć to przede wszystkim poczucie wspólnoty, nasze cele, szacunek do innych i radość bycia razem. Miałam też w tym gronie szczególnie mi bliskie przyjaciółki, łączyły nas wspólne wartości i ideały, podobne poczucie humoru, zabawnie było nazywać się wzajemnie siostrami bo takie byłyśmy dla siebie jak siostry.

I nagle wyjechałam…

Ktoś zapyta, co skłoniło mnie do wyjazdu,przecież nudno nie było i tyle wspólnych planów i dążeń…ale chyba dla mnie nadszedł czas wejścia w dorosłość, gdzie muszę znaleźć czas dla siebie samej i moich pragnień. 

Chyba jednym z powodów iż nie mogłam odnaleźć się w moim dawnym gronie był nieustająco trwający sezon na wesela. Mówiąc krótko wszyscy na około łączyli się w pary a ja jakoś nie potrafiłam znaleźć tego Jedynego. Na rożne sposoby próbowałam się wpasować i wiem,że oni sami też próbowali znaleźć dla mnie miejsce w swoich sercach i domach. To było nieuniknione,szukanie siebie samej i zrobienia czegoś tylko dla siebie i oto walizka spakowana. Znalazłam się sama, bez grona dawnych przyjaciół,rodziny i ukrywających się telefonów, zapisany od deski do deski terminarz spotkań już nie był mi potrzebny.

Pamietam tą ciszę , usłyszałam ją wyraźnie w niedzielne popołudnie gdy miałam dzień wolny od pracy i nagle nie wiedziałam co mam z sobą począć.

Listy, maile czy nawet rozmowy na Skype nagle zaczęły się rozmywać. Wiele osób zarzuciło mi wtedy jakże się zmieniłam w tej Anglii, zatraciłam dawne ideały,to prawda- zmieniłam się bo emigracja zmienia człowieka. Jednak to nie tylko ja uległam zmianie,to czas i lata nas zmieniają. Minęło już 10 lat i każdy z nas jest inny, każdy ma swoje własne problemy,swoje własne życie. Nie potrafiłam tego od razu zrozumieć,łudziłam się iż wszystko przetrwamy a mój kontakt będzie jak dotychczas. Jakże się wtedy myliłam, miotanie się pomiędzy dwoma światami tym co zostało Tam za moimi placami a tym co wchodzi przed szereg Tu i Teraz doprowadzało mnie do płaczu,rozdarta i nie poskładana,nie mogłam zrozumieć dlaczego Tam już nie ma dla mnie miejsca jak dawniej a Tu jakoś nie przypomina to co chciałabym mieć na własność. Moje listy nie dostawały odpowiedzi,kartki tak pieczołowicie wybrane na święta nie doczekały odpowiedników i tak z czasem przesłało mi zależeć, nie chciało mi się już chcieć. Wiem jak trudno utrzymać przyjaźń na odległość, ważny jest dystans i wzajemne wyjście do siebie,nawet gdy droga nie jest wyraźna a czasu brak,warty wszystkiego jest każdy nawet najmniejszy gest dobrej woli. 

Pomimo wielokrotnie ponawianych prób nie udało mi się przywrócić relacji z dawnych czasów, jakoś nie potrafiłam w pełni cieszyć się moim Tu i Teraz i nagle w tym moim wewnętrznym zawirowaniu pojawił się K ( mój obecny mąż). Wierze świadomie, że jest dla mnie Darem bo dzięki niemu przetrwałam najcięższe chwile i odzyskałam wiarę w ludzi. Wskazał mi drogę do tego iż przede wszystkim trzeba szanować samego siebie a nie być ciagle mesjaszem innych, ratować i szukać próby ratunku gdy tymczasem świat nas tłamsi. 

Na niejednym blogu przeczytacie iż Polakowi na emigracji nie jest łatwo znaleźć bratniej duszy, nie jest łatwo postawić fundamenty do nowej przyjaźni. Zabiegani i zapracowani często uwikłani w dawne wspomnienia nie dostrzegamy ludzi wokół nas,do tego nie jesteśmy łatwi w nawiązywaniu relacji, sami dla siebie wilkiem a dla obcokrajowców dziwacznie bezczelnie za szczerzy. Jakże często zatrzaskujemy sami sobie drzwi do realizowania marzeń, gubimy w naszych kompleksach, rozpamiętujemy przeszłość i nie walczymy o dobrą przyszłość. Może stąd mówimy czy piszemy o wielkiej samotności, powierzchownych znajomościach, innej mentalności a tymczasem skorupka jest ciagle zamknięta. Sama też przeżywałam te chwile, kiedy narzekałam iż nikogo dla nas nie ma, w weekendy ciagle jesteśmy sami a wszyscy tak z pozoru bardzo zajęci. Dysonans pogłębia brak dzieci, bo o czym tu niby z tymi ludźmi rozmawiać…

Problem nie jest po niczyjej winie, problem siedzi w naszych głowach. Dzisiaj nie rozpamiętuje już czasów minionych, nie oceniam, nie sprawdzam i nie zadręczam siebie i innych. Rozglądam się uważnie i widzę nowe dobre twarze wokół nas, nie zamykam tez moich drzwi na ludzi z dawnych lat. Nawet niedawno bo w ubiegłym miesiącu miałam gościa z Polski, nie jesteśmy już jak te dwie zwariowane dziewczyny 20 lat temu ale wciąż mamy każda swoją opowieść. 

EPILOG

Nie podam na końcu odpowiedzi na pytanie ‚ Co jest złotym środkiem jeśli chodzi o relacje przyjaźni na emigracji?’ Każdy z nas ma swoje, inne życie i szereg rożnych doświadczeń. Jedni z Was trafią na grono fantastycznych ludzi w pracy, innych ktoś zainspiruje, trafi mu się świetny sąsiad a matka znajdzie bratnią dusze na placu zabaw. Jedno jest ważne – liczy się serce, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Nie zgubmy w sobie potrzeby bycia z drugim człowiekiem, nie rozpamiętujmy dawnych czasów. Może właśnie gdzieś obok nas są ludzie, którzy z radością przyjmą zaproszenie na herbatę. 
Do tematu zainspirowały mnie posty moich koleżanek z Klubu Polek na Obczyźnie choć ja sama nie włączyłam się wtedy w projekt o przyjaźni, nie mogę też zapomnieć o mojej ‚polskiej siostrze’ jej wizyta stała się na pewno swoistą kropką nad i.