Święto lotników

Za nami kolejny sierpniowy weekend, czas więc na kolejny mój wpis. Dzisiaj dla odmiany nie będzie wyprawy z pocztówką w tle. Nie zabiorę Was też  na jakaś dłuższą wyprawę, nie martwcie się jednak bo nie zabraknie takich opowieści już od nowego miesiąca. Zajrzyjcie na zapowiedzi blogowe a od razu będziecie wiedzieć o czym mówię. Dzisiaj zabieram Was do angielskiego Mielna bo tak właśnie postrzegam Bournemouth. Miła miejscowość letniskowa położona w hrabstwie Dorset, przyciąga licznych turystów nielicznymi w tym rejonie piaszczystymi plażami, molem, rozrywką i wakacyjnym klimatem. Mnie nad morze nie przywiodła plaża, słońce i piasek a raczej chęć popatrzenia w niebo.

bournemouth beach

Co roku bowiem prawie pod koniec wakacji Bournemouth zagęszcza się podwójnie, nie tylko turyści ale i miejscowi przyjeżdżają na coroczne święto lotników, tak można powiedzieć o Bournemouth Air Show, zapraszam was na moją z niego relację.

Unknown

Weekend przed nami- czas go wykorzystać

Osoby, które mnie już troszkę znają wiedza iż w soboty pracuje wolontaryjnie jako nauczyciel w polskiej szkole na terenie Southampton. Nie muszę więc chyba opowiadać jaka to radość dla mnie gdy nadchodzi czas wakacji, bo wyobraźcie sobie moi mili, ja mam wtedy normalny weekend tylko dla siebie. Jeśli nie mamy zaplanowanego urlopu to cały tydzień przebiega jak zazwyczaj, praca, dom, zakupy i sprzątanie ale za to weekend staje się nie lada gradką, więc byłoby naprawdę czystą głupotą zwyczajnie siedzieć w domu. Zawsze w czwartek na moich ustach pada takie stwierdzenie ” Weekend przed nami, czas go wykorzystać” i wtedy zaczyna się szukanie zabytku, miejsca piknikowego,parku,plaży czy jakiegoś ciekawego eventu. Mieszkańcy Wysp potwierdza iż szukanie musi być w czystej harmonii z najnowsza prognozą pogody, bo wierzcie mi ona potrafi zniweczyć chociażby najbardziej atrakcyjne propozycje weekendowe.

Festival lotnictwa w Bournemouth jest mi już dość dobrze znany, pamiętam jak jakieś cztery lata temu wybraliśmy się na niego po raz pierwszy. Pamiętam iż nie byliśmy zbytnio przygotowani, bo po pierwsze pojechaliśmy własnym autem. Może i było wygodnie ale za to powrót był koszmarny przez stanie w korkach, dodatkowo zabraliśmy zbyt mało jedzenia a to naraziło nas na dodatkowe koszty. Ten rok był inny, pojechaliśmy mądrzejsi o dawne doświadczenia.

Sierpień w tym roku w Anglii jest naprawdę bardzo łaskawy, praktycznie przez cały czas świeci słoneczko i tak niemal od połowy lipca. Oczywiście lato tutaj nie można porównywać z upałami na południu Europy a jednak nie brakuje miłych dni, udało mi się juz dość dobrze wykorzystać weekendy a mój krótki tygodniowy tydzień opiszę Wam we wrześniowej serii. Cieszył mnie niezmiernie fakt iż w sobotę wybierzemy się do Bournemouth, po pierwsze znowu nałapiemy słonecznej witaminy D, obejrzymy ciekawe pokazy lotnicze a może nawet pospacerujemy wieczorem wzdłuż molo. Oczywiście pogoda jak zawsze chciała spłatać nam figla. Od poniedziałku słońce prażyło niemiłosiernie, coż mi po nim jak każdego dnia szłam do pracy. A jednak na koniec tygodnia rozszalały się media zapowiedziami o nadchodzącej wichurze od Atlantyku, no i stało się w czwartek już zaczęło wieczorem padać a my mamy jechać w sobotę rano. Bardzo przytomnie sprawdziłam prognozę pogody na sobotę i jak przeczuwałam nie było miło, wiatr miał wiać w porywach do 45-50 mil/godzinę a to jest prawie 60 km/h. Nie wyobrażałam sobie jak może wyglądać taki dzień w deszczu i wietrze nad brzegiem morza, zresztą pokazy lotnicze też stały pod znakiem zapytania. Na szczęście w niedzielę wszystko miało wrócić do normy.

 

Wietrzna sobota i opcje wyjazdu

Pagoda w Anglii może zmieniać się z godziny na godzinę, jednak ostrzeżenia o silnym wietrze i opadach deszczu nie były wymyślone i na szczęście udało mi się zmienić datę na bilecie autobusowym. Nie pojechaliśmy na festiwal jak początkowo myśleliśmy w sobotę, tylko w niedzielę. Jeśli kiedyś zaplanujecie wyjazd na to wydarzenie poważnie przemyślcie opcje dojazdu, jak podają media chociażby w tym roku pomimo zmiennej pogody przez cztery dni festiwalowe od czwartku do niedzieli przewinęło się tam około 10 tys osób. Aż trudno w to uwierzyć, jednak jak podliczy się wszystkich gości hotelowych i napływającą publiczność to jest coś na rzeczy. Nie polecam jazdy samochodem,owszem możliwe to jest ale jeśli wykupicie sobie dużo wcześniej miejsce w jednym z licznych hoteli czy b&b i tam zatrzymacie auto na parkingu. Wszystkie parkingi w miasteczku są niemal zapełnione do ostatniej szpilki a uliczki dojazdowe w okolice plaży czy klifów sukcesywnie są zamykane wcześniej przez organizatorów. nie można jeszcze zapomnieć o najważniejszej kwestii, jeśli już uda Wam się dojechać na miejsce i szcześliwie gdzieś zaparkować to pamiętajcie,że zanim wyjedziecie z miasta czeka Was niesamowicie długie stanie w korku. Najlepszą formą dojazdu dla mnie jest pociąg albo autobus dalekobieżny. W Anglii pociąg zabierze Was niemal do każdej często najmniejszej dziury bo węzeł komunikacyjny w tym kraju jest naprawdę świetnie rozwiązany. Koszt biletu nie jest jednak zbyt mały bilet w jedną stronę i powrotny dla dwóch osób kosztuje około 28 funtów ( z mojego miasta), natomiast National Express w takim samym układzie będzie kosztował Was tylko 19 funtów. Nie jestem jakaś wybredna i nie mam kłopotów w trakcie podróży, dlatego zazwyczaj z moim panem mężem wybieram opcję autobusową.

National_Express_7102_Caetano_Levante_FJ08_KNW_Metrocentre_2009_pic_1

Nasze zmiany odnośnie dnia wyjazdu nie były złe, doczytałam później w lokalnej prasie,że  uderzenie wiatru w sobotę było tak duże iż szereg konkurencji nie odbyło się. Jaka to szkoda, bo organizatorzy co roku dwoją się i troją, budują specjalną scenę na plaży a tutaj taki głupi wiatr potrafi rozwiać wszelkie nadzieje. Anglicy są niezłomni w trwaniu na stanowisku pomimo wiatru czy deszczu, uzbrojeni w kaptury ,sztormowe kurtki, kalosze czy parasole potrafią dzielnie kibicować swoim ulubieńcom. Tym razem jednak niektórzy przegrali z pogodą, niektóre samoloty nie poleciały a nocne pokazy spadochroniarzy zostały odwołane, co do sceny muzycznej w połowie trzeba było wyganiać i muzyków i publiczność bo fale prawie podmyły scenę.

cm200815DAY1AirFest13.jpg.gallery

fot.dailyecho.com

Niedziela będzie dla nas…

Wyruszamy wcześnie rano, mamy to co najpotrzebniejsze do takiej wyprawy, czyli dwa składane krzesełka turystyczne, suchy prowiant i dużo wody. Dla nas kawoholików z upodobania i wyboru pakuję jeszcze termosik z aromatycznym napojem bogów. Aura wygląda optymistycznie, przestało już dawno padać i nawet widać prześwity słońca i najważniejsze – nie wieje.Nie zapomniałam też zabrać jakiś słodkich batoników oraz książki w wersji elektronicznej bo na miejscu będzie  dłuższe czekanie. Jedzie się szybko i lekko, droga do Bournemouth wiedzie autostradą w okolicach Parku Narodowego New Forest, są więc i piękne widoki już lekko zaróżawiających się od kwiatów wrzosowisk. Nie ma zbyt dużego ruchu i na miejsce docieramy niemal po 40 minutach. Z dworca do plaży i Boscombe Pier (mola) idzie się gdzieś 35 minut szybszym krokiem. Nam się nie spieszy, wioska lotnicza otwarta ma być od 10 ale pokazy lotnictwa maja rozpocząć się około 12.30.

Wolnym i niemal spacerowym krokiem idziemy w stronę morza, rozkoszujemy się atmosferą tak spokojnego i cichego jeszcze Bournemouth. Miasteczko dopiero budzi się ze snu, właściciele kawiarenek przecierają blaty stolików,goście hotelowi jedzą śniadanie na tarasach. Dzień okazuje się dla nas łaskawy,mamy lekkie zachmurzenie z przeblyskami słońca. Dochodzimy do morza,podziwiamy piękny widok na molo i plaże. Aż trudno uwierzyć w to,że wczoraj był tu prawdziwy pogodowy pogrom. Wieje lekki wiatr ale morze nadal wydaje się być niespokojne. Dostrzegamy surferów korzystających z dość wysokiej fali.

Plaża i niebo nad nami

Po wypiciu porannej filiżanki kawy w pobliskiej knajpce idziemy z naszym ekwipunkiem na plażę. Ludzie pomału zaczynają się zbierać. Robi się całkiem kolorowo,niemal wszędzie słychać stukot młotków wbijających parawany. Każdy zajęty jest umoszczeniem sobie najlepszego miejsca. Obserwuje rodzinę rozkładającą się po naszej prawej stronie. Matka raczej niczym nie zainteresowana uparcie wpatruje się w wyświetlacz swojego telefonu ( z pewnością sprawdza najnowsze doniesienia Fb), ojciec rozkłada mały plażowy namiot i niemal robi podkop do Francji tak zamaszyście obsypuje piaskiem swoje miejsce, jest jeszcze syn, nastolatek ze znudzoną miną. Biedak pewnie myśli, że jest tutaj chyba za karę. Takich scenek rodzajowych można znaleźć wiele. Teraz zaczyna się dla wszystkich wielkie czekanie bo godzina rozpoczęcia to 12.30.

Pokaz lotnictwa 

Nareszcie wszyscy się doczekali, całość rozpoczyna pokaz akcji desantowej na piaskach plaży. Można też zobaczyć jak wygląda akcja walki z piratami na otwartym morzu. To był piękny dzień bo oprócz dostojnych spitfirów z czasów II wojny światowej mogliśmy zobaczyć nowoczesne myśliwce czy prawdziwe powietrzne akrobacje. Dla większości niewątpliwie największą atrakcją było obejrzenie występu słynnej eskadry myśliwców Red Arrows.

Red Arrows to prawdziwa duma korony brytyjskiej. Niesamowicie precyzyjne wykonanie ich powietrznych ewolucji rozsławiło ich na całym świecie. W skład ekipy wchodzą niemal najlepsi piloci na świecie, często mający za sobą tysiące godzin spędzonych w powietrzu, niejeden z nich jest też instruktorem lotów w szeregach wojskowych. Za każdym razem gdy oglądam ich ewolucje mam gęsią skórkę.  Jeśli zdarzy Wam się być kiedyś w jakimś miejscu gdzie będą latać na pewno nie będziecie zawiedzeni.

Pełna lista eventów na których będzie można ich zobaczyć znajdziecie TUTAJ

To był naprawdę dzień pełen wrażeń. Zakończył się dość późno. Pogoda wytrzymała prawie do końca. Jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki dokładnie o 18.00 gdy dzień show został oficjalnie zamknięty nagle zaczął padać deszcz. Troszkę żałowałam bo do  odjazdu naszego autobusu mieliśmy jeszcze dwie godziny i wolałabym przesiedzieć je na plaży wpatrując się w zachodzące słońce, tymczasem poszliśmy w stronę dworca. Doczekaliśmy się do odjazdu i wróciliśmy do domu. 

Pamiątki przywiezione z tego dnia – kilka prospktów, podręczna siatka z logiem Red Arrows, dobre zmęczenie i niesamowicie opalone twarze i ramiona. ( wiatr nieźle opala) i uśmiechnięta buzia.
Dziękuję za odwiedziny i zapraszam w sobotę na drugą część artykułu o moim Top 10 Southampton.